Tego dnia #7: 23 marca

Zacznę oczywiście od krótkiej i nikogo nie obchodzącej rozkminy, która znajdzie się w drugim akapicie tego tekstu. Niemniej nie radzę jej pomijać, bo być może obrazuje pewne zmiany równie dobrze, co pewien z dzisiejszych jubilatów.

Pamiętam jak kilka lat temu, jeszcze w czasach technikum, moimi pierwszymi czynnościami każdego ranka były poranna toaleta, papieros i telegazeta, która informowała mnie o wynikach dnia poprzedniego. Dzisiaj jest już znacznie inaczej, bo palenie ograniczyłem w zasadzie do minimum (jakoś trzeba dawać sobie radę), a telegazety nie widziałem na oczy od dawna*. Jedna rzecz pozostała bez zmian, no ale każdy tak ma.

Mój Wunderlist skutecznie poinformował mnie o tym, że mam na dzisiaj zaplanowane w chuj roboty, natomiast kalendarz przypomniał, że dzisiaj swoje rocznice obchodzą trzy ważne hip-hopowe pozycje. Jestem zdania, że bez dwóch z nich rap byłby na pewno inny (zarówno ten polski, jak i amerykański), a trzecia rozpoczęła nowy okres w historii pewnego duetu.

O Skandalu Moelsty pisał i mówił już praktycznie każdy. Nawet nie wiadomo co można jeszcze o nim powiedzieć… Wczoraj, gdzieś podczas innych zajęć, posłuchałem sobie dwóch kolejnych krążków warszawiaków – Ewenementu i Takiej Płyty… Są tam dobre numery, kilka z nich zbliża się poziomem do debiutu, ale… to jednak nie to.

Pamiętam, że kiedyś NIENAWIDZIŁEM Madvillainy. Był to album, z którym zawsze miałem problemy. Raz mi się podobał, innym razem nie mogłem na niego patrzeć. Wiele lat temu sprowadziłem go sobie ze Stanów i myślałem, że być może to pomoże w zmianie postrzegania dzieła Madliba i MF Dooma, ale… ja zwyczajnie musiałem do Madvillain dojrzeć.

Dorosnąć.

Podobnie miałem z debiutem Quasimoto, The Unseen, o którym pisałem tutaj. O ile pamiętam, dlaczego nagle polubiłem pierwsze poważne solo Madliba, to już za cholerę nie jestem sobie w stanie przypomnieć momentu, w którym zakochałem się w Madvillainy. Tak mocno, że nie jestem w stanie sobie wyobrazić swojej półki bez tego, a i gdybym miał robić zestawienie swoich  10 ulubionych płyt w rapie, to z pewnością dzisiejszy jubilat by się tam znalazł. Kto wie czy nawet nie na podium? Sprawdźcie sobie przy okazji ten artykuł, bo dużo mówi o tym arcydziele.

No dobra, „klasycyzm” powyższych (również The Unseen) nie podlega dyskusjom, ale co można powiedzieć o czymś takim jak Absurd i Nonsens Łony i Weebera? Ja zaliczam ten album do punktów zwrotnych w karierze duetu i nie tylko ze względu na to, że w końcu została dopisana ksywa producenta na okładce.

Tematyka stała się trochę poważniejsza, Łona jakby zgorzkniał, a Webber zaprezentował jeszcze lepsze podkłady (chyba moje ulubione z całego jego dorobku). Album na pewno jest trudniejszy w odbiorze, ale ciągle daje mnóstwo satysfakcji. Kto by w Polsce wpadł na pomysł, żeby rapować bez polskich znaków diakrytycznych? Żeby w tak dowcipny sposób przedstawić problem relacji polsko-niemieckich? Aha, i ta genialne korespondująca okładka z obrazkiem Marka Raczkowskiego.

Hmm, a może jest to nawet moja ulubiona płyta szczecinian?

* 201-220, 236-241 i brawa dla Gorzowa, pozdro dla kumatych

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

3 komentarze

  1. Coś w tym jest. Zawsze bardzo lubiłem „Nic dziwnego” i do płyty „Absurd i nonsens” musiałem się przekonać. Właśnie przez wzgląd na jej cięższy charakter – ten gwałtowny brak lekkości i klimatu jednego, wielkiego kawału, który charakteryzował pierwsze dwa albumy początkowo mnie (niemile) zaskoczył. Muzycznie na pewno jedna z lepszych, Webber się mocno rozwinął w tym miejscu, więc zasłużenie dostał miejsce w nazwie zespołu 😀 Czy ulubiona? Jednak nie, to miejsce zajęła „Cztery i pół” – uważam ją całościowo za najlepszą w ich dorobku.

    „Skandal” – tu nie ma co pisać. Od wielu lat polski klasyk. Ja miałem z nią jak Ty z „Madvillainy” – po prostu nienawidziłem tego albumu i tej kultury ulicy, która z tego (i wokół tego) wyrosła. Co drugi idiota na osiedlu stał się nagle prawilnym ulicznikiem, który tropił konfidentów i bananowców. To jak z PIS – nie, żeby to zjawisko wcześniej nie istniało. Oni to skatalizowali i dali temu miejsce i głos w mainstreamie. W gazetach zaczęto pisać analizy socjologiczne o muzyce młodzieży „pierdolącej policję”. Hehe. Dzisiaj jednak ciężko mi się jej słucha – jest prosta, wręcz prymitywna i techniczne niedoskonałości (zwłaszcza u chłopaków) mocno ograniczają przyjemność z odbioru. Gdyby nie to, że znałem ją w 1998 roku, dzisiaj bym nie był w stanie przez nią przebrnąć w całości. To jedno z takich dzieł, które były ważne, były krokiem milowym i tam powinny pozostać – w historii.

    Madvillainy nie lubię, chociaż Madliba w jego wszystkich wcieleniach sobie cenię.

    1. Dla mnie „Skandal” w zasadzie się nie zestarzał, a nawet z przybrał na sile (czego np. nie można powiedzieć o dwóch kolejnych płytach). Powód prosty: ta ponadczasowość przysłania słabe brzmienie, które paradoksalnie… dodaje tam uroku. Taki tam paradoks.

      Ostatnio wróciłem do „Nastukafszy” i mam wrażenie, że pod względem brzmienia to własnie ono się o wiele bardziej zestarzało.

      A Madlib – cóż. Ja jestem fanem i nawet kolejną kopię kopii kupuję, mimo że wieloma rzeczami nie jestem w stanie się zajarać.

Zostaw odpowiedź