Wrocław niezależny. Tak samo w 2000, jak i w 2071 roku

Bang, mamy to. Prawie najlepsza płyta producencka w tym kraju doczekała się winyla.

Jakiś czas temu powiedziałem, że w temacie reedycji polskich klasyków coś się w końcu ruszyło. I nie mam na myśli tego, że raperzy wznawiają swoje płyty, niegdyś dostępne w każdym sklepie. Chodzi mi bardziej o albumy, których od lat nie ma na rynku.

Był już Tymon, niedawno pojawiło się PCP, duży propsik też leci do Asfaltu, ale to temat na osobny tekst. To tak na szybko. I chociaż w niektórych przypadkach nakłady były niewielkie, to na szczęście część produkcji pojawiła się w serwisach streamingowych.

Ale, ale… Digujto!, krakowski label powstały po 5-letniej działalności sklepu Paul’s Boutique Record Store, na start rzucił jeden z najmocniej poszukiwanych przeze mnie polskich albumów. 2071 Magiery i Lulka to nie tylko wrocławska wizytówka przełomu mileniów, ale i jedna z najlepszych polskich płyt w ogóle. Z niepodrabialnym klimatem, głębokim basem, cudownymi samplami i wyprzedzający pod względem produkcyjnym praktycznie całą ówczesną scenę, będąc zarazem swoistym aperitif przed pierwszym Kodexem, który pojawił się dwa lata później.

Album miał swoją premierę w 2000 roku na CD nakładem nieodżałowanego wrocławskiego Blend Records. Na składance zagościli reprezentanci lokalnej sceny i co istotne to 2071 była jedną z pierwszych rapowych płyt z Dolnego Śląska, które trafiły do sklepów w całym kraju.

2071 nie zestarzało się w ogóle, głównie dzięki, nie będę bał się tego określenia, ponadczasowej produkcji Magiery i Lulka. Są tu numery, które broniłyby się także teraz, jak „Gdy mogę” Kasta Squadu, prześwietne „Poznajesz” z Tymonem i „Wczoraj” Jarosza, czy „Stań z boku”, w którym Pijak Pi może niektórym przywołać na myśl dokonania Vienia (moje ulubione „Bardzo lubisz hip-hop, bo kolega tego słucha”).

Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko polecić. Kto ma znać, ten zna, a kto nie, niech przeczyta poniższą reckę z Klanu, tak bez przymrużania oka i sprawdzi całość na kanale WhiteHouse. Potężny klasyk, bardziej w mojej prywatnej sferze i jak mi będzie dane, to będę słuchał też w 2071 roku, aczkolwiek dla ogółu raczej zapomniany. A szkoda. Czekam jeszcze na reedycję na kompakcie i jesteśmy kwita – nocny cruising po Wrocławiu (i nie tylko) będzie jeszcze lepszy.

Do kupienia za stówkę tutaj. Warto, bo za mastering wersji winylowej odpowiada DJ Eprom, a opracowanie graficzne przygotował Znajomy Grafik, czyli Jacek Rudzki.

Autor: Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *