
Były już kolega Tedego nagrał dobry numer i to więcej niż raz. Ba, nagrał całą płytę, która nie nuży, a momentami potrafi nawet zachwycić.
Momentami, ale do tego jeszcze dojdziemy. Nie będę ukrywał, że mam sporo sympatii do Numera i jego kawałków: czy to z solowych albumów (obie płyty bardzo, ale to bardzo spoko, ale po czasie chyba z minimalną przewagą Ludzie, maszyny, słowa z 2009 roku), mixtape’ów (Numer stulecia i Dokładnie tak z DJ-em Abdoolem), czy gościnnych zwrotek. Zawsze gdzieś tam słabiej wypadał na Warszafskim Deszczu, ale to z wiadomych względów – przepaść między nim a Tedem była dość wyraźna, może poza ostatnim wspólnym albumem PraWFDepowiedziafszy, choć do dziś nie wiem, czy wynikało to ze słabszej formy Tedeusza, czy zwyżkującej dyspozycji dawnego MC Boba.
Zostawmy jednak te rozważania, bo po wielu latach, po iluś tam zapowiedziach różnych projektów, w końcu (naprawdę w końcu!) pojawiło się Żyje się tylko raz nagrane na beatach Three50 i „upiększone” przez DJ-a Eproma. I nie będę ukrywał, że ta płyta sprawiła mi sporo przyjemności i regularnie do niej wracam. To stary, dobry Numer Raz, który trochę przynudza i trochę zamula, ale to taki ziomek z osiedla, z którym zawsze zbija się pionę, posłucha, co tam ostatnio u niego, i zostaje się na dłużej, bo wzbudza w sobie autentyczną sympatię. I myślę, że tę alegorię spokojnie można przenieść na cały album.
Żyje się tylko raz to zwykły, niczym niewyróżniający się rap, którego największą wartością jest… właśnie ta zwykłość. Momentami wręcz przeciętność, która z czasem przeradza się w coś bardzo przystępnego i do bólu szczerego. Pod wieloma względami: podejścia do rapu, szacunku dla klasyki (ej, posłuchajcie „CL” – numeru z kapitalnym refrenem Aurelii), czy w ogóle spojrzenia na życie na tym etapie (plusik dla singlowego „Na zawsze”). I trudno mi tego nie docenić, bo liryczne wygibasy i popisy za majkiem nie są tu wcale potrzebne, żeby płyta po prostu działała. No, może poza wyjaśnianiem pewnych etapów w „Historiach 2”, które na tle reszty pasują tu jak pięść do nosa.
Całość płynie, hula, a goście – m.in. Peja, Molesta oraz… Natalia Kukulska – tylko ubarwiają imprezę w tym rapowym skansenie. A wszystko to na cudownych, chyba najbardziej peterockowych podkładach w Polsce od lat („Nie przeszkadzam”, „Ślady”, „Nie radzę” – a to tylko część zestawu), za które odpowiada Three50. Ciepłe, analogowe, bardzo nośne produkcje, a w połączeniu ze wszystkimi sztuczkami DJ-a Eproma, są zwyczajnie dziesiątkowe w swojej klasie. Warto, bo w tej zwykłości jest urok, który nie mizia się z sezonowym słuchaczem, nie szuka taniego poklasku, a skupia się na tym, co najważniejsze. Na muzyce.
