Pęku „Nowe wyzwanie” (+ recenzja z „Klanu”)

Jedna z najbardziej wyśmiewanych okładek w polskim rapie przykryła płytę, która zasługuje przynajmniej na odrobinę sprawiedliwości.

Po ostatniej wizycie w Fan.pl, kiedy po raz pierwszy osobiście odbierałem zamówienie w tym kieleckim sklepie, zacząłem odświeżać stare produkcje z tego miasta. Na dłużej zatrzymałem się oczywiście przy Wzgórzu Ya-Pa 3 (aj, ale se przypomniałem), ale wróciłem też do debiutu Pęka.

Różowo nie jest. Zarówno pod względem jakości, jak i tego mitycznego, legendarnego przekazu obecnego w większości tekstów. Choć i tak nie jest aż tak jak na pierwszym V.E.T.O. – Vetomanii – tu polecam osobną wycieczkę po osiedlowych melinach.

Słuchając Nowego wyzwania, trochę boli mnie to, że wszyscy dookoła wciąż gadają o tej nieszczęsnej okładce ze zdjęciem Ośki (pamiętajcie, ktoś to przecież zaakceptował), a tak mało mówi się o samej muzyce, którą Pęku z ekipą dowiózł. Nie znalazłem właściwie ani jednego artykułu o tej płycie, przynajmniej w tym, co dziś można wygrzebać w Google. Do Web Archive akurat nie sięgałem.

Jest tu kilka numerów, przy których warto się zatrzymać i dorzucić je do playlisty. Niby zwykły osiedlowy rap, jakiego w tamtych czasach było pełno, ale specyficzne flow gospodarza i dobra dokumentacja początku XXI wieku sprawiają, że można na chwilę wrócić do tamtych lat. Doceniam np. „Kolejna płyta powstała, kolejna część”, w którym to paradoksalnie grobowy podkład średnio współgra z tekstem i mocną zwrotką Borixona. Ale mimo wszystko działa. Wysoko stoją u mnie też remix „Zawirowań”, „Wilczy apetyt”, „PSF w wersji lajtowej” czy „TTFB”. Ten ostatni nie dość, że leci na podkładzie Tedego, to jeszcze ma jego zwrotkę, która spokojnie odnalazłaby się na S.P.O.R.T.

Największy zarzut z perspektywy 25 lat (sic!) mam do podkładów (głównie DJ 600V, ale też Bartosz z Endefisu i wspomniany Ośka), które zestarzały się bardziej niż ekipa RRX na Rosoła, na co zwracał też uwagę Andrzej Borkowski w recenzji „Klanu” (niżej). Większości niestety słucha się dziś ciężko i gdyby nie sam Pęku, byłoby momentami naprawdę trudno przebrnąć przez całość. Najważniejsze jednak, że Nowemu wyzwaniu nie można odmówić jednego: jest doskonałym dokumentem początku nowego milenium, który nie opisuje warszawskich ulic, ale zwykłe miasto i jego podwórka z dala wielkiego świata. To nie tylko słynne „czas leci jak wózki na V-Rally”, ale też boskie „ważna wiara, ważne miejsca, gdzie mogę uciąć komara”. No geniusz. Poza tym? Niezła i jednak ważna płyta. Czy klasyczna? No nieee.

Ocena: 3.5 na 5.
Recenzja z 22 numeru „Klanu”

Autor: Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *