Sen psychodeliczny

psychodelic dream

„Sny, nawet gdy są złe, to się budzisz /Możesz w nich kochać lub mordować ludzi”.

Jak się czasami okazuje: i jedno, i drugie. Albo jeszcze gorzej, bo bywa czasami i tak.

Nieznane miejsce. Jakiś koncert. Szczerze powiedziawszy nie wiem nawet jak ja się tam znalazłem. Wielka scena, jakieś lasy dookoła niej i gigantyczna przestrzeń, która była zajęta przez tłum ludzi. Było ciemno, ludzkie twarze były ledwo widoczne. Jedyne światło jakie padało, to było to z reflektorów, które oświetlały scenę i gwiazdy, które na niej występowały. Jak się za chwilę okaże, tych gwiazd zrobiło się nagle więcej, niż zapowiadały to plakaty promujące ten występ.

Za Młodzi na Heroda jest całkiem niezłą płytą, ale nie jestem pewien czy to był powód, dla którego wybrałem się na ten koncert. Nigdy nie miałem też styczności z Rasmentalismem na żywo, więc mocno oczekiwałem na Rasa i Menta na scenie. Wśród tych ludzi dominuje tzw. kwiat młodzieży. Nie wiem czy większość z nich przekroczyła 20 wiosen, więc czuję się trochę stary. Chłopcy nie przypominający hip-hopowców, ubrani w jakieś mocno obcisłe spodnie i koszulki, bardzo modne i drogie zresztą. Dziewczęta wymalowane, ale bez erotycznych podtekstów. Ich ubiór nie jest wyzywający, powiedziałbym nawet, że jest mocno stonowany jak na taką okazję. Trochę było mi z tym źle i odniosłem wrażenie, że chyba cofnąłem się w czasie. Momentalnie zatęskniłem za odsłoniętymi nogami, kusymi spódniczkami przykrywającymi pół pupy i dekoltami ukrywającymi skarby wielbione przez prawie wszystkich mężczyzn na świecie.

Zaczęło się. Coś tam zaczęli grać, utwory kojarzę, ale ich tytułów nie znam. Po kilku zagranych kawałkach, Ras zapowiada specjalnego gościa. Przed sceną zapanowała cisza. Raper objaśnia, że za moment pojawi się ktoś, kto zmienił historię i oblicze muzyki. Zacząłem się zastanawiać czy koleś próbuje robić jakieś chwyty marketingowe, czy jest niedowartościowany i czy przypadkiem nie ma zbyt przerośniętego ego jak u Kanye Westa. W głowie chodzą mi jakieś nazwiska, ale są to jakieś nic nie znaczące chłystki. Bo jak to? Legenda i postać która tworzyła historię u polskich wykonawców?! A jednak…

Ras pokazuje na małe wejście znajdujące się za instrumentami perkusyjnymi. Pojawiają się kontury jakieś postaci, nie mam bladego pojęcia kto to może być. Tłum piszczy tak, jakby wiedział kto to jest. Wygląda na to, że jako jedyny nic nie wiem i zacząłem się zastanawiać, po co ja tu w ogóle przyszedłem…

Wchodzi zakapturzona postać na scenę. Piski coraz głośniejsze, na twarzach polskich wykonawców pojawiają się uśmiechy rodem z reklam past do zębów. Legenda podnosi ręce i nagle zdziera z siebie kaptur. Zrobiłem wielkie oczy i szczęka opadła mi do ziemi. Rozentuzjazmowany tłum zaczął jeszcze mocniej piszczeć i krzyczeć. Niektóre z dziewcząt zdjęły koszulki i staniki i podbiegły jak najbliżej sceny, żeby ich idol podpisał się im na piersiach. I nie, nie był to ani Ras, ani Ment…

To był Kanye West. Nie wiedziałem o co chodzi, może to była jakaś imaginacja jego postaci, jakiej dostąpił 2Pac na Coachelli, ale nie – to był naprawdę on. Byłem pod takim wrażniem, że nie pamiętam nawet, kiedy zaczął grać wspólnie z Rasmentalismem. Wychodziło im to bardzo dobrze, czasami odnosiłem wręcz wrażenie, że The Throne to ta trójka, a nie kolabo Yeezusa z Hovą.

Kiedy już skończyli grać, zrobiło się jeszcze ciemniej. Mrok stał się jeszcze większym mrokiem, co ciężko sobie wyobrazić. Nagle, gdy wykonawcy na scenie zaczęli sobie nawzajem dziękować i się obściskiwać, zaczęło się dziać coś złego. Z mojej lewej strony, kilkadziesiąt metrów ode mnie, pojawił się dym. Jego kłęby stawały się coraz większe, aż nagle pojawił się ognisty krąg. Nastąpiła gigantyczna panika wśród publiczności i większość osób zaczęła uciekać i kierować się w drugą stronę. Na nic się to zdało, ponieważ większość z nich się rozpłynęła się w powietrzu. Nie wiedziałem co mam robić, ale byłem jeszcze w miarę spokojny. Chyba jako jedyny na tym gigu, nie licząc ochrony, która stała pod sceną i była niewzruszona na wydarzenia, które działy się wokół niej. Spojrzałem w stronę głównej sceny i przypatrywałem się raperom. Nie wiedzieli za bardzo co się dzieje, ale byli jeszcze spokojni. Właśnie, jeszcze…

Z ognistego kręgu zaczęła wyławiać się bliżej niezidentyfikowana postać. Była ubrana na czarno, miała duże skrzydła i coś złego w oczach. Na jej dłoniach tańczyły ogniste świetliki. Zaczęła się zbliżać w moją stronę, a konkretnie w stronę tych, którzy chwilę wcześniej zapewnili mi dobrą rozrywkę. Powiedziała piękną i poprawną polszczyzną: „teraz was wszystkich rozpierdolę”. Delikatnie przestraszony głębiej przyjrzałem się tej tajemniczej twarzy. To był… Bushido. Persona, którą zawsze totalnie olewałem. Nie wiedziałem wtedy co jest gorsze: ten strach i ciarki, które zaczęły mnie przechodzić czy Niemiec mówiący pięknie i płynnie po polsku?

W tym momencie zadzwonił mój budzik. Obudziłem się z uśmiechem na ustach, bo to kolejny już raz przeżywam coś tak durnego i głupiego. Puenta tej fascynującej i mrocznej historii jest taka, że nie trzeba zażywać substancji psychoaktywnych, żeby przeżyć coś takiego. Nie trzeba także czytać Drzwi Percepcji Huxleya. I nie, nie jest to opowiadanie. Jest to tylko streszczenie tego, co mi się przedwczoraj przyśniło. Polecam wam zapisywać sobie czasami to, co wasz umysł tworzy podczas snu. Ten Bushido, Kanye i reszta zostają dla potomnych. Bez koloryzowania, choć ten mrok widzę cały czas.

Zdjęcie/photo: [1]

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Zostaw odpowiedź