
„Bukowski” to nie tylko świetne podkłady i typowa mesowa stylówka, ale też idealny przykład, że to muzyka, a nie otoczka, jest najważniejsza.
Matko jedyna, dajmy już spokój tym podziałom i skupmy się na muzyce. Super, że pojawił się beef z prawdziwego zdarzenia – z akcjami, które były często ciekawsze niż same dissy (chociaż te „Dedlajny” Tedego naprawdę zrobiły robotę), ale ja jednak wolę muzykę i spokój obok niekończących się afer, które nie znaczą prawie nic. Bukowski Tego Typa Mesa to płyta w pełni jego, niekoniecznie tematycznie, ale na pewno stylistycznie.
Okej, jeśli kogoś jeszcze kręci wiecznie nastoletni jebaka, który swoje samouwielbienie ciągle pielęgnuje po czterdziestce – to nie tutaj. Kilka lat temu Mes powiedział w wywiadzie, że największym zagrożeniem dla polskiej muzyki jest brak treści. I widać, że wziął to sobie do serca, bo na Bukowskim jest jej naprawdę sporo – od relacji międzyludzkich, przez wspomnienia, po mniej lub bardziej celne prztyczki. Owszem, zdarzają się fragmenty puszczające oko do dawnych czasów, są też takie, które rozgrzeją lewicowe serduszko i wkurzą prawą stronę (jeśli ktoś w ogóle jeszcze bawi się w te dziwne podziały), ale to przede wszystkim płyta rapera, który zmienił perspektywę i mówi o czymś innym.
Zwracam uwagę na „Filmowców”, bo wiem, czemu nie chce mi się oglądać niektórych filmów, brutalne „Jeszcze wiele walk”, nostalgiczny „Ursynów” i „Daj kobietę”, zaskakująco odważny numer. Irytuje mnie za to przeciąganie końcówek, paradoksalnie najbardziej w chwalonym wyżej „Ursynowie”. Za to refreny Mesa są jak zwykle niepodrabialne. Słucham „Idę na jazz” (klimat całości na plus, a wers o Noblu i śniegu na chuju to absurd, który idealnie by się sprawdził u Bałagane) i wiem, że autotune jest tu zupełnie zbędny. Każdemu życzę za to takich podkładów – tak blisko lat 90. Ten Typ Mes jeszcze nie był. Niezależnie, czy produkuje sam, czy np. wspomaga się Worstcase’em, robi to z wyczuciem, bez udawania, że dawniej było lepiej. Jest gęsto i stylowo.
Mimo całej otoczki beefu z TDF-em i kilku zbędnych momentów jak „Marynuję się (skit)”, czy „God bless”, także przeciętnych featów Winiego i VNM-a, to Bukowskiego nie warto ignorować. To esencja warszawskiego rapera — trochę odklejona, gdzieniegdzie filozoficzna bez poprawy mankietu, w innym miejscu zadziorna. Może nie wzbudza już takich emocji jak Trzeba było zostać dresiarzem czy Ała., ale pokazuje Typa, który nie musi nic udowadniać. Doceńmy muzykę, reszta na bok.
