Proceente: dorzucić kolejny kamień do historii polskiego hip-hopu

Fot.: Tomasz Karwinski

Aloha Opus Magnum od kuchni: żywioły, dogrywki, ambicja i zero disco polo. Porozmawiałem z Proceente, który trzyma to uniwersum w ryzach.

Są na naszej scenie projekty, które nie pchają się na playlisty i nie są promowane na billboardach, jednak trafiają w gusta tych, dla których rap to nie mariaż melorecytacji z muzyką chodnikową. Jednym z nich jest seria Aloha Opus Magnum, która lada moment doczeka się premiery trzeciej części. 

O całej inicjatywie, odbiorze, problemach i procesie powstania porozmawiałem z jednym z inicjatorów AOM – Proceente. Zanim wybierzecie się na warszawską imprezę promującą trzecią płytę w tej serii (i przy okazji odbędzie się premiera piwa Opus Magnum, tutaj info dotyczące wydarzenia), zachęcam do lektury. Aha, i w międzyczasie sprawdźcie single, jeden z nich jest na dole, bo są naprawdę obiecujące.

Zacznijmy od początków. Co Aloha Opus Magnum mówi o tobie, twoim i przede wszystkim miejscu wytwórni, Alohy, na scenie? Patrząc na całą serię, muszę cię też o to zapytać na wstępie: jakie emocje Ci towarzyszą: duma, czy niedosyt?

Proceente: Jedno i drugie. Duma, bo na trzech woluminach zebraliśmy z Łysonżim naprawdę mocną reprezentację artystów. Bo mimo wielu trudności doprowadziliśmy te projekty do końca. I dlatego, że każda kolejna część Aloha Opus Magnum to dla mnie krok do przodu.

Ale niedosyt zawsze musi być. Bez niego twórca przestaje rosnąć. Aloha Entertainment zna swoją wartość i dzięki temu chce sięgać wyżej.

Historia może nie jest do końca znana przez wszystkich. Pamiętasz pierwszy moment, w którym wpadliście na pomysł Aloha Opus Magnum? Czy projekt od początku miał być serią woluminów, czy to wyszło z czasem?

Pomysł wpadł mi do głowy w pierwszych dniach pandemii, w marcu 2020 roku. Chciałem nawiązać do projektu ALOHA 40%, zaprosić szeroką ekipę świetnych artystów i jednocześnie zmotywować swoich ludzi, czyli Łysonżiego, Małego Esza, Wdowę i Emazeta po to, żebyśmy znowu wspólnie zaczęli tworzyć. Chodziło też o to, by dorzucić kolejny kamień do historii polskiego hip-hopu i dać świadectwo stylu, który czujemy.

Od początku zakładałem, że każda część Aloha Opus Magnum będzie oddawała jeden z żywiołów. Najpierw Vol. 1, czyli”ziemia”, naznaczony pandemią. Potem „ogień”, którego premiera zbiegła się z wybuchem wojny na Ukrainie. Teraz dajemy słuchaczom „powietrze”. Została jeszcze „woda” i nie wykluczam, że kiedyś do niej usiądziemy.

Ciekawi mnie to, czy w tym projekcie czujesz się bardziej tylko pomysłodawcą, czy producentem wykonawczym? To twoje najważniejsze dziecko w labelu?

Jestem pomysłodawcą projektu, jego wydawcą i razem z Łysonżim dyrektorem artystycznym i producentem wykonawczym. Każdy wolumin kosztował nas mnóstwo pracy, czasu i oczywiście pieniędzy. Czułem na własnych plecach ciężar tych albumów.

Aloha Opus Magnum zajmuje w katalogu Alohy miejsce szczególne, ale szczerze mówiąc, to wszystkie projekty traktuję emocjonalnie. To są kolejne plansze jednego, dystopijnego uniwersum Aloha Entertainment.

Okej, a w jakim stopniu Aloha Opus Magnum to artystyczna potrzeba, a w jakim konsekwencja twojej historii jako, powiedzmy, kuratora i szefa wytwórni?

Album to po prostu połączenie potrzeby tworzenia z tym, jakie mamy możliwości. Nagrywamy od lat i jest to dla nas sposób wyrażania siebie, niezależny od trendów czy aktualnej sytuacji w branży. Nagrywam, bo mam coś do powiedzenia i zostawiam po sobie muzyczne świadectwo. Myślę o sobie trochę jak o inwestorze na rynku intelektualnym: dokładam do tego, co zostanie.

Jak widzisz miejsce tego projektu w polskim hip-hopie: rzecz dla wtajemniczonych, tych najbardziej zajawionych naszym rapem, czy coś, co może pomóc urosnąć zarówno zaproszonym, jak i samej wytwórni?

Wiesz co, jestem fanem Bohumila Hrabala, więc patrzę na nasze albumy jak na perełki na dnie oceanu. Tworzę przede wszystkim dla tych, jak to nazwałeś, wtajemniczonych. Dla ludzi, z którymi mam wspólną wrażliwość. Żeby lubić tę muzykę, trzeba mieć trochę dystansu do świata, interesować się różnymi rzeczami, być – jak my to często mówimy – ananasem.

Goście, których zapraszamy, to w większości nasi dobrzy znajomi. Dogrywają się na zasadach koleżeńskich. Nie uważam, że współpraca z Aloha to trampolina do show-biznesu. Raczej fajna, osobista przygoda i poniekąd powód do dumy.

To skoro zaczęliśmy sprawnie przechodzić do aspektów artystycznych, pogadajmy chwilę o samej produkcji. Jak wygląda kulisy produkcji każdego i tego woluminu – od pierwszej rozmowy do dostarczenia finalnego numeru?

To ciekawe, bo każda część wyglądała inaczej. Pierwszą część nagrywaliśmy w czasie pandemii, kiedy każdy siedział zamknięty w domu. Mieliliśmy beaty od Mayora, wymyślaliśmy tematy i jeździliśmy pojedynczo do Dzi3ciaka do Honolulu Studio nagrać zwrotki. Emazet, z tego co pamiętam, część nagrał nawet w pracy. Już w trakcie tamtych prac zaczęliśmy z Łysonżim pisać kolejną część, której to właśnie Dżonson był też głównym kreatywnym. Tam gości było już dużo więcej, więc siłą rzeczy proces był trudniejszy. Premiera przypadła idealnie na dzień ataku Rosji na Ukrainę.

Prace nad tym woluminem trwały cztery lata. Moja przeprowadzka do Czech, inne projekty w trakcie, jak Pobierz napisy, Biały nietoperz, 4ZERO i cała reszta — to wszystko trzeba było skończyć. W międzyczasie dogrywali się goście, Rzeźnik i Mokebe miksowali, zbieraliśmy autoryzacje. To była długa podróż, ale warta wysiłku.

Co jest najbardziej czasochłonne: złapanie wszystkich artystów, dopinanie zwrotek, organizacja nagrań, mix/master, czy może… czekanie? Przykład mixtape’u Pretextu i poprzednich woluminów Aloha Opus Magnum chyba pokazał, że warto być wytrwałym.

Najbardziej czasochłonne zawsze jest czekanie. Na niektóre featuringi czekaliśmy dosłownie lata. Niektórzy finalnie się nie dograli, inni dograli się, ale potem długo trwały autoryzacje.

Album to efekt końcowy, a droga do niego jest falą. Tutaj cierpliwość i upór to podstawowe narzędzia pracy.

To jak dobieraliście skład każdej części? 

Zwykle zaczynaliśmy od beatu i tematu, a potem zastanawialiśmy się, kto najlepiej odda charakter numeru. Wybieraliśmy ludzi, których lubimy, znamy i z którymi mamy hip-hopową nić porozumienia. A później klasyka – atakowaliśmy delikwenta i męczyliśmy, aż odda zwrotkę. Z Łysonżim jesteśmy w tym dość skuteczni.

Czy były osoby, które chciałeś zaprosić, ale z różnych powodów nie trafiły na płytę?

Tak.

Króciutko. To inaczej — kto cię najbardziej teraz zaskoczył tym, co dostarczył? Na plus lub nietypowo?

Na nasze płyty ludzie dogrywają się naprawdę dobrze. Zawsze to szanuję, bo każdy zostawia w tych numerach sporo serca. Na nowej części chciałbym wyróżnić wszystkich, ale jeśli mam wskazać konkret to VNM dał zajebiście mocną zwrotkę tak jak Bisz na dwójce. Mocno jarają mnie też skrecze DJ-a HWR-a w „Daleko jeszcze?” i refren CÓR.

A jak czujesz odbiór środowiska?

Mieszkam od trzech lat w Czechach, więc działam raczej na jego marginesie. Ale na premierę czekam jak na święto. Mam nadzieję, że odbiór będzie zajebisty. Słuchacze potrzebują tlenu, AOMVOL3 powstało specjalnie dla was ananasy! Na razie single przyjmują się bardzo dobrze i czujemy dużo dobrej energii od słuchaczy.

Te płyty i sama Aloha ma swój fanbase, ale nie mówi się o nich tak dużo. Jak to interpretujesz po tylu latach aktywnego działania i inwestowania w to swojego czasu i pieniędzy?

Nie robimy muzyki koniunkturalnie. Często mówimy rzeczy niewygodne, trzymamy się z dala od disco-polowych klimatów, nie pakujemy ogromnych budżetów w promocję. Robimy swoje, szlifujemy swój diament. Wierzę, że jego wartość będzie rosła z czasem.

Możesz zdradzić, jak sprzedają się poszczególne woluminy? Czy jesteś zadowolony z wyników – komercyjnie, kolekcjonersko i symbolicznie? I czy przy takim projekcie sprzedaż w ogóle jest priorytetem, czy traktujesz ją jako poziom zaangażowania słuchaczy?

W czasach streamingu płyty fizyczne to w zasadzie edycje kolekcjonerskie dla najbardziej oddanych. Tłoczymy kilkuset sztuk CD i winyli, wszystkie są ręcznie podpisane. Jestem ogromnie wdzięczny każdemu, kto kupuje fizyki albo merch, bo to realne wsparcie kolejnych projektów. Przy nowej płycie pomógł nam też STOART i promocja od e-muzyki. A wyniki? Dla mnie plony nigdy nie są za wysokie.

Czy brak szerszego medialnego szumu to dla ciebie minus, czy może paradoksalnie plus, bo możesz skupić się na jakości, a nie spełnianiu oczekiwań?

Szum medialny przy premierze Aloha Opus Magnum Vol. 3 na pewno by nie zaszkodził. Standardy jakości mamy bardzo wysokie i chcę, żeby każda kolejna płyta była lepsza, albo przynajmniej wnosiła coś nowego. Jestem na takim etapie, że cudze opinie interesują mnie coraz mniej, ale oczywiście lubię dostawać propsy. A konstruktywną krytykę, szczególnie od bliskich, zawsze traktuję poważnie… choć czasem dopiero po czasie.

Gdybyś miał czytelnikowi powiedzieć jedną rzecz: dlaczego warto słuchać Aloha Opus Magnum jako całości, a nie tylko pojedynczych numerów?

Bo jest jak „Magia i Miecz”. Żeby przeżyć tę przygodę naprawdę, trzeba przejść wszystkie plansze.

To na koniec – co byś powiedział komuś, kto pierwszy raz w życiu o Aloha Opus Magnum przeczyta właśnie teraz?

Wbijaj na www.alohasklep.pl!

Autor: Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *