
Reszty nie trzeba dwóch warszawskich legend to płyta, którą znasz na pamięć już po pierwszych kilku sekundach. I właśnie dlatego działa.
Piękne beaty. Bardziej Włodi-core, czyli mgliste, gęste, spowolnione, niż stylówka pod Erosa, ale ten i tak odnajduje się na nich znakomicie. Niemniej to czysty boombap, atakujący od dołu, a przy okazji… dość smutny. Prym wiedzie O.S.T.R., który przypomina swoje najlepsze czasy („Wymianka” mogłaby odnaleźć się na Ja tu tylko sprzątam, a „Pro-porcja” brzmi, jakby żywcem była wyjęta z Tylko dla dorosłych). Łodzianin spokojnie udowadnia, że wciąż jest jednym z najlepszych beatmakerów stąpających po polskiej ziemi. Równie dobrze wypada cała reszta – Szczur JWP, Amatowsky i Tomek Bent. Sample wyborne, bębny gadają, pianina zamartwiają.
Lubię płyty, które zaskakują, ale cenię też te, przy których dokładnie wiem, co dostanę. I uwaga, Reszty nie trzeba to właśnie ta druga kategoria. No kto by się spodziewał? Od przechwałek (zwłaszcza Erosa: „Chuj mnie obchodzi data i tak to moja era / I co chwila tu wracam z mocą superbohatera”, wiem, że przeczytaliście jego głosem), przez osiedlowe mądrości, po czteroelementowe peany. Aha, prawie bym zapomniał o ziole, no jak tak można? Wersy mniej lub bardziej ciekawe („Witam cię w mym pałacu, znowu poszedłem na żywioł / Nastukany działam, a nie leżę jak warzywo” – proste, ale naprawdę super), ale całościowo potwierdzają, dlaczego ta dwójka jest tak istotna w historii polskiego rapu.
Na początku największe zainteresowanie wzbudzała u mnie „Szkoła życia”, a po odsłuchu której, niczego nowego oczywiście się nie dowiedziałem. Na papierze współpraca Molesty Ewenement i JWP/BC wygląda świetnie, ale rzeczywistość jak zwykle okazała się najlepszym weryfikatorem. Tak samo jak nie rozumiałem jarania się Pelsonem kiedyś, tak teraz rozumiem to jeszcze mniej. Stała i wysoka forma Kosiego i Siwersa, dobry Wilku, niezły Vienio, który wypadł lepiej niż na całej, na szczęście zapomnianej Twarzovej. Ale na nową Molestę i tak czekam, bo są marki, które po prostu warto śledzić.
I właśnie taką marką są Ero i Włodi. H-H nie hehe. Wiesz, czego się po nich spodziewać i to po prostu dostajesz. Nie wymagasz nic ponadto, co najwyżej małego upgrade’u względem poprzednich wersji. Instrukcje, co się leczy kopem w mordę, ego-tripping, 420 i mądrości pokroju „W tym szaleństwie jest metoda / Żyć z pasji to tak jakby nie pracować” dają ostatecznie 25 minut solidnego materiału, który przelatuje szybko, zostaje w pamięci i ostatecznie na playlistach.
