
Tramwaj zwany pożądaniem nie dowozi tak mocno jak poprzednie rzeczy, ale ma kilka momentów, które wywracają ocenę po trzecim odsłuchu.
Produkcja Kościeya i MVPMILO to płyta idealna na jesień, solidna, równa, ale jednak słabsza niż ostatnie strzały tego pierwszego – mam na myśli nagrane z Kadetem Szewczykiem Piosenki hip-hopowe LP, o których w ogóle nie pisałem (ale polecam jak coś). Niemniej nad Tramwajem… postanowiłem się pochylić, bo mamy porę idealną na rozkminy.
Kościey wszedł tu w tryb bardziej gorzki i zmęczony, jakby mu te wszystkie „znowu?” zaczęły ciążyć mocniej niż zwykle, a życiowe doświadczenia jeszcze lepiej kreśliły koncepty na kolejne numery. Nie ma tu pajacowania – wersy są pisane raczej dla ulgi niż lansu, każde słowo jest przemyślane (całe teksty również, zachęcam do wielokrotnego przesłuchania „Nie słyszał mamy”, bo mało kto potrafi tak pisać). Kolorytu dodają naprawdę mocne refreny („Córka pułkownika”, „Taki jak dziś” i „Robię ruchy”), w których – wydaje mi się – Kościey zaczął się mocno specjalizować.
Najbardziej podoba mi się otwierająca album „Uśmiechnięta Polska”, która w pewnym momencie z ironią przywołuje zarówno Tuska, jak i Sasina, co w dzisiejszej rzeczywistości zasługuje na order za próbę mediacji między zwaśnionymi plemionami. Do tego na spory plus featy Macieja Sponsa i Kidda, bo obaj występują w dobrej kontrze do gospodarza i dosypują kilka linijek, które robią z numerów coś więcej niż „kolejne tracki w trackliście”.
Z tyłu czai się MVPMILO stawiający na klasyczne podkłady, jednocześnie unikając skansenu najntisów jak ognia. To nie jest żaden boom bap z lekką deformacją, ale klasyczny hip-hop w nowej formie i z w miarę świeżym spojrzeniem, nawet jak sięga po perki, z którymi bratał się NOON ponad 20 lat temu („Na blokach”). Niektóre sample już słyszałem, ale beatmaker ma ten dar podkręcania znanych motywów tak, że przechodzą jako „świadomy wybór”, a nie „wykop z winylowej reedycji starego”. Ogólnie warto, ale to album, któremu trzeba dać szansę. Albo i kilka.
