Starsze przewijanie

Ivan_Bilibin_Koshchey

Kilka godzin temu świat obiegła wiadomość, że nie ma z nami już Terry’ego Pratchetta. Nie to, żebym jakoś się tym przejmował, bo nigdy Świat Dysku mnie nie ujął, ale być może kiedyś poświęcę kilkadziesiąt godzin na zgłębienie wszystkich tomów i kto wie, ale może zmienię zdanie. W sumie to szkoda go, ale nie o tym. Wolę trochę inne fantasy, czy to w literaturze czy grach.

Ta „growa” fantastyka zawsze do mnie bardziej przemawiała (co nie oznacza, że literatura zeszła na dalszy plan), bo gołym okiem widać, że w najważniejszych dziełach gatunku RPG palce maczali fanatycy wszystkich literackich obozów, od Le Guin po Tolkiena. To już jest duża siła i mocno procentuje, w związku z tym dosyć często rodziły i dalej będą się rodzić rzeczy wybitne. Tak jak seria The Elder Scrolls od Bethesdy.

Trzy wielkie uniwersa w grach, za które kiedyś dałbym się pociąć to oczywiście te z serii Might & Magic, Dungeons & Dragon (ale tylko Forgotten Realms, bawiłem się kiedyś trochę Greyhawkiem i nie było to chyba dla mnie) i właśnie The Elder Scrolls. Teraz pewno bym tego nie zrobił, ale dzisiaj siedząc i popijając kawę, rozmyślając o życiu, starym paryskim futbolu sprzed czasów PSG, nogach Kylie Minogue oraz słuchając debiut D’Angelo (tak, uważam że ta płyta nie tylko nadaje się znakomicie do picia czarnej, ale też jako „before” i „after” w relacjach damsko-męskich, wiecie co mam na myśli) nagle naszła mnie myśl: „kiedy szósta część, Bethesdo?”.

Od Skyrima minęły już prawie cztery lata i prędzej zapewne uraczą nas tym cały Falloutem, więc już mnie to nie obchodzi, bo klimaty post-apokaliptyczne ewidentnie mi nie służą i się maksymalnie przy nich męczę (hehe, nawet The Last of Us nie skończyłem, a podchodziłem dwa razy). Poza tym jest szansa, że zobaczę je kiedyś na własne oczy, i nie to żebym tego chciał, ale takich smoków, rycerzy z księżniczkami czy polowania na trutnie już nie. Nieważne zresztą, jeśli jesteście fanami Morrowinda, Obliviona czy właśnie Skyrima też zapewne czekacie z wytęsknieniem na nową część, która oczywiście nie zawiedzie i w ciemno ma u mnie 9/10, chyba że będę miał zły dzień i będę szukał błędów na siłę.

Fanem jestem od prawie 13 lat. Do tej pory pamiętam zapowiedzi części trzeciej rozgrywanej, a jakże, w Morrowindzie. Szok totalny, jak to wtedy wyglądało! Wszystkie artykuły z „CD Action”, „Komputer Świata Gry” czy „Świata Gier Komputerowych” tylko potęgowały moje oczekiwania i w końcu nastąpił ten moment, kiedy grę można było zakupić. Zastanawiałem się tylko skąd wziąć pieniądze, żeby odpalić to małe arcydzieło na swoim komputerze, ale jakoś dałem radę. Najpierw zawitał skopiowany od kumpla pirat, chwilę potem już oryginał, który po kilku latach trafił bodajże do Starachowic (albo Jelcza), aż w końcu zrozumienie błędu sprzedażowego i ponowne kupno tylko po to, żeby stało na półce i przypominało szczeniackie czasy. Takie, w których pasją były nie tylko muzyka i piłka, ale również cRPG i literatura fantasy.

Zatraciłem się wtedy na całe miesiące na kontynencie Tamriel, ale jeszcze lepiej było w powszechnie niesprawiedliwie hejtowanym Oblivione. Tak, miał tylko jedną wadę – „dzięki” otrzymaliśmy modę na te całe DLC, ale chuj z tym i z tymi dodatkami. Liczył się feeling, a ten aż wylewał się z ekranu. Do tej pory lokacje wspominam z rozrzewnieniem, bo wiosenno-jesienno-letnie pejzaże Cyrodiil to najpiękniejsze rejony, jakie kiedykolwiek odwiedziłem w swojej długiej przygodzie z gejmingiem. Potem tylko raz udało się to powtórzyć, zresztą niewiele po premierze Obliviona, czyli w rodzimym Wiedźminie, kiedy to chadzałem po rejonie prosto nazwanym „pola”. To było coś, nie to co te śniegi i góry w Skyrimie.

Tym Skyrimie, skądinąd świetnym, aczkolwiek nieukończonym, bo już mi się po prostu nie chciało. ogrom tej gry potrafił przytłoczyć. A i ten chłód powiewający sprzed ekranu telewizora nie do końca był dla mnie. Podobnie jak Arena i Daggerfall, których nie mogę ocenić, bo za mało w nie grałem. Niemniej ostatnia część, mimo tej cholernej zimy, świetna.

W sumie to bezcelowy ten wpis, tak jak obrazek niejakiego Kościeja Nieśmiertelnego, postaci z rosyjskich podań, która była inspiracją dla szkieletów z Morrowinda. Jest moc.

Zdjęcie/photo: „Koshchei the Deathless” by Ivan Yakovlevich Bilibin via wikipedia.org CC

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Zostaw odpowiedź