
W epoce przypadkowych singli oni postawili na spójny album. Czyste głowy, napięta przepona i VHS-owe podkłady dały rap do słuchania w całości.
Generalnie nie ma się co rozpisywać. To muzyka dla (starszych) białasów z „ego wielkim jak kutanga”, potwierdzająca, że warto było czekać na coś dłuższego (nie kutangę, oj nie) Tymona niż tylko kolejną gościnną zwrotkę. Prawie 20 lat robi swoje, więc zapomnienie może przykryć oczekiwania, ale na szczęście nie w tym przypadku.
Kot w ciele psa to dojrzała płyta do słuchania w całości. Wpierw pozwolę sobie pochwalić Tymona (tak przy okazji), bo o Pstyku pisałem całkiem sporo (check). Nie będę ukrywał, że stęskniłem się za tym specyficznym stylem, chociaż raper jest bardziej wulgarny niż kiedykolwiek wcześniej. Tu każde słowo ma znaczenie, a za nim skryta jest magia rapu, który stawia przede wszystkim na tekst, a nie bezsensowne fikołki na majku. Nawet jeśli pojawia się tu zabawa słowem, to wszystko ma swój cel. I te rzeczy sprawiają, że nawet pozornie liche wersy, jak „Gdzie jest Ola, pytało Papa Dance / Jedyne czego szukam to excellence” w moim ulubionym tutaj „lepszy niż kiedykolwiek”, nabierają w kontekście całego numeru wyjątkowego znaczenia. Ale, ale – to jest 2026, więc jest zgoła inaczej niż na Zmysłów 5 czy Oddycham smogiem. Kot w ciele psa jest Kotem w ciele psa i też za ileś tam lat będzie benchmarkiem. Tak jak moje ulubione linijki z tego albumu, być może nawet wersy roku, bez podziału na PL i USA, czyli „Nie dissuję, dissowałem jak PKB było małe / ale wtedy Wzgórze było całe / Chodzę powoli, ale wiem o co biega”.
Także tak – dużą sztuką jest nagrać album, który raz, że spełnia oczekiwania, a dwa, powoduje duży uśmiech na twarzy, bo ten powoduje również Pstyk, który nie zwykł zawodzić. Podkłady są idealnie dobrane pod Tymona, typowy VHS-pstykstyle, ale jest jeden wyróżnik w tym wrocławskim grajdole – „Salento freestyle”, w którym brakuje tylko wychodzącego z białej Testarossy Dona Johnsona.
Obawiałem się jednego – featuringów, ale szczęśliwie wpisują się w całokształt: Don Poldon, Mada, Włodi – klasa, Agata Kapalska – trochę niewykorzystany potencjał, wolę jednak po polsku. Niemniej Kot w ciele psa to rap do słuchania zarówno w gabinecie z dużym, drewnianym stołem, jak i pod szarym blokiem, który jeszcze nie doczekał się pastelozy. Póki co chyba najciekawsza płyta tego roku w Polsce, ale czy najlepsza? Nieee, na pewno nie, bo Fisz i Emade, równie nostalgiczni, na Człowieku nie do końca przeszli samych siebie. Fajne, fajne.
