Skórysyn „Pajęczyna Skórysyna”

Płyt producenckich u nas niewiele, więc każdą warto sprawdzać. Czy warto potem do niej wracać? Skórysyn udowadnia, że niekoniecznie.

Najpierw przeczytajcie to:

W pradawnych podziemiach Drugostronia Skórysyn utkał sieć łączącą losy i zmagania 22 artystów, którzy napisali opowieść będącą nostalgicznym opisem ich doświadczeń i otaczającej rzeczywistości. Dzięki tej współpracy powstał pierwszy w historii album muzyczny z gatunku Pustynnego Rapu. Muzyka to pustynne kino drogi, które przywodzi na myśl samotną tułaczkę po spaghetti westernie. Piaszczyste, pełne brudu i surowości podkłady są tłem, które daje możliwość nawiązania dialogu pomiędzy twórcami, a słuchaczem, mogącym poczuć się jak towarzysz podróży przez pełen mroku, wyzwań i magii świat. Świat tęsknoty za coraz dalszym kontaktem z naturą i autorytetami, którym można w końcu zaufać’

Chryste panie, kto to pisał? I w jakim celu? Już na etapie opisu widać, że jest trochę przerostu formy nad treścią. Pustynny rap? Okej, ale instrumentalne 4×4 Palestine Jeep Beats Figuba Brazlevica czy Sol Invictus Akhentatona bardziej mi się kojarzą z piachem niż Pajęczyna Skórysyna. Nie tylko ze względu na okładkę.

Skórysyn, którego jedną z wielu zalet jest brak „w” w ksywce, skutecznie odcina się od tego, co było w czasach elQuatro. W przeciwieństwie do wielu beatmakerów jest jakiś i ma pomysł na swoją muzykę — super przecież było i nadal jest ubiegłoroczne „Nie strasz, nie strasz 44” albo świeży tribute dla J Dilli, który gdzieś mi mignął na Facebooku. Balansowanie między zaduszonymi podkładami a obskurnym lo-fi, pomiędzy którymi są retro cytaty, ma niby swój urok, bo bardzo podobają mi się bębny w „Barze mlecznym” i „Dni, których nie ma”, chciałbym też instrumental „Lęku”, ale całościowo Pajęczyna Skórysyna nie jest dla mnie. Muzyka ma mi sprawiać przyjemność, a nie zmuszać do szukania pojedynczych detali, które zyskują moją sympatię. Tutaj brakuje tylko szpachelek w preorderze, którymi można zdrapywać pleśń i grzyby w zasikanych piwnicach.

Myślałem też, że część raperów pociągnie całość, bo po kilku raczej niczego dobrego się nie spodziewałem. Pod tym względem jest klasyka na takich albumach — bywa różnie, z reguły nijako. Dam tylko kilka przykładów. Bartek Koko został zgnieciony przez podkład i zwyczajnie znika z wersami. Kadet Szewczyk po niezłych zeszłorocznych wyczynach na okropnym „Dobrym chłopaku, niezbyt dobrym facecie” czy PAPA w „Jesiennym liściu” brzmią jak geeki, którzy z ręką w gaciach uploadują mp3 na Soundclouda. SZAH to biedniejsza wersja Sokoła i nie to, żeby ziom z Prosto był obecnie jakimś wyznacznikiem klasy. Narzeczona też to odnotowała — nawet Fisz i Śliwa lata temu nie bawili się w takich kserobojów swoich idoli. Musiałem czekać na sam koniec, żeby pojawił się wers, który zapamiętam, więc kłaniam się w pas Furmanowi — „Mówię jak jest i kolejne lato za mną / Pierdolę busa, teraz jadę taczką”. A nie, sorry. W „Kundlu” pada „Adam wziął i obszczał drzewo / Prawo, lewo / Paf, paf, paf”.

Tydzień temu chwaliłem inne dzieło z obozu Tyldy, czyli fantastyczne Vibes, Beats & Melody Jig Maggera, teraz jestem więcej niż obojętny. Dla Skórysyna szacun i wirtualne pięć za pomysł, włożoną robotę oraz zebranie do kupy lepszych i gorszych raperów, minus za… no chyba resztę. Ciekawe, intrygujące, ale też do bólu nudne, często irytujące i przekombinowane. Sami oceńcie.

Rating: 2 out of 5.

Autor: Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *