Nomad: Teksty nie tylko się nie zestarzały, ale uderzają jeszcze mocniej

Nomad odsłania kulisy reedycji Pola manewru, wspomina początki podziemnego rapu w Polsce i opowiada o największej kolekcji rapu w kraju.

Układ Warszawski to jeden z pierwszych hip-hopowych kolektywów w Polsce . Złożony z kilku raperów stołeczny skład zasłynął nie tylko z konfliktu z DJ-em 600V, ale też wydania surowego (i w niektórych kręgach kultowego) Paktu podziemi.

Grupa obecnie jest już niestety trochę zapomniana, mimo że niektórzy jej członkowie w miarę regularnie udzielają się na podziemnej scenie (np. w tym kawałku). Jednym z nich jest Nomad, który, jak sam o sobie pisze „Emce od 1995 roku. Solo, Souljazz of Darkness, Układ Warszawski, Rap Propaganda i wiele innych projektów”, przyszykował reedycję solowego albumu Pole manewru, którą zamówicie pisząc pod ten adres.

Zapraszam do wywiadu, bo to chwilowy powrót do czasów, kiedy to wszystko w Polsce dopiero nabierało rozpędu.

Dobra, to na początek. Przełom mileniów to być może najlepsze czasy polskiego rapu, jeszcze chwilę przed boomem. O mainstream pytał nie będę, ale pamiętasz, jak wyglądała scena polskiego undergroundu w 2000 roku z twojej perspektywy?

Wiesz, w tamtym czasie mainstream też nie bardzo funkcjonował, „a dziennikarze w kowbojkach nie wiedzą, jakie zadać nam pytanie”… A underground kwitł. W każdej miejscówce był ktoś, kto coś robił, tylko u mnie na Bródnie było kilka składów, które nagrywały kasety, z kimkolwiek się nie kontaktowałem przy okazji kupowania naszych nagrań, zawsze ktoś tańczył, rymował, produkował. Większość pozostała lokalnymi zjawiskami, legendami na własnej ośce: nie było kasy na solidne produkcje czy wynajęcie studia; w studiach nie bardzo wiedziano, jak to nagrać, bo przychodziły zwykle zespoły rockowe, a do tego potrzebne były znajomości, żeby się gdzieś dostać.

My mieliśmy szczęście o tyle, że audycję Druha Sławka słuchało sporo osób, a tam puszczaliśmy trochę naszych rzeczy. Poza tym poznałem ekipę „Hip Hop Magazyn”, która próbowała stanowić konkurencję dla „Klanu”. Dalej poszło na zasadzie kuli śnieżnej. Jeden kontakt ruszał drugi, tu ktoś się zgłaszał, czy tam… Tylko my świadomie odrzuciliśmy tę całą otoczkę z legalnymi wydawnictwami, od początku chcieliśmy wszystko sami. Sprzedawaliśmy nasze kasety i płyty tak jak reszta podziemia: w skate shopach, niedużych sklepach muzycznych, pocztą. Dziś ciężko sobie wyobrazić, że ktoś wysyła ci kasę przekazem pocztowym, ufając, że mu wyślesz materiał, a ty mu — wysyłasz. Nikt nie oszukiwał, bo to była zagrywka na raz. Nie było preorderów z paralotnią, perfumą, stringami z logo wykonawcy czy innym badziewiem. Każdy się jarał nową kasetą, każdy chciał więcej, nikt nie żądał kasy za zwrotki czy beaty.

My do dziś tak działamy: przyjacielski układ dla zajawki. Wydajemy sobie sami płyty — kto chce, kupi. Sprzedajemy fizyki z czystej miłości do gry i sentymentu do tych prawdziwych czasów, gdzie trzeba się było wysilić, żeby powstało coś tak naprawdę z niczego. Mikrofon wisiał na lampie owinięty babciną skarpetą; przepychanki przy majku, bo wszystko nagrywało się na raz na taśmę DAT, a jak ktoś się pomylił, to trzeba było zaczynać od początku. A zdarzało się, że zamiast na stronie B nagrało się na stronie A i część materiału przepadła… Tak nagrywała większość ludzi w podziemiu i to było piękne.

W jakich okolicznościach powstało Pole manewru? Kiedy poczułeś, że to jest moment na taki projekt? Po płycie Układu Warszawskiego, po solówce Konstruktora w 1999 roku, czy jeszcze kiedy indziej?

Ej, nie zapominaj, że kiedy wyszedł Układ, ja już miałem na koncie demówkę z 1995 roku, która poszła na przemiał po jakimś czasie, bo nie mogłem tego znieść, a szkoda. Podobno RICO ma kilka kawałków z tej kasety. Miała tytuł UZI — Uciekinier Z Inkubatora i jak się nazywała, tak brzmiała. Potem wyszły dwie kasety jako Lyric Assassin, nagrywane już do podkładów z Amigi, które produkowaliśmy z RICO z sampli z winyli mojej mamy. Były dwie kasety Souljazz Of Darkness z Konstruktorem, Side Effect ponownie z RICO, nasz wspólny projekt we trzech Grave Squad — zatem do czasu Układu Warszawskiego to ja już miałem tyle materiału nagranego, że wyjście z Polem manewru było dla mnie całkiem naturalne.

Jako Układ Warszawski mieliśmy mocno sprecyzowane plany wydawnicze, miało wyjść sporo kolejnych płyt — niestety, kłótnia pomiędzy kilkoma członkami zespołu skończyła się dość fatalnie i nie ma zgody do dziś. Każdy zajął się swoim: Konstruktor cały czas nagrywa, Faja jako Kemikaru również, Peesiks nagrał płytę solo i w składzie, no i ja ciągle się w to bawię.

Mam takie zrywy co jakiś czas. Po Polu manewru działo się bardzo dużo: wywiady, udziały w składankach, gościnne wersy, koncerty, grałem nawet na pierwszym hiphopowym koncercie na Ukrainie, Rap propaganda RICO, która była jedną z pierwszych płyt producenckich w podziemiu, o ile nie pierwszą.

Bardzo dużo się działo, bo Jakuza zgarnął mnie jeszcze do redakcji hip-hop.pl, gdzie nie tylko pisałem, ale i chodziłem na koncerty robić wywiady z gwiazdami, które u nas grały. To wszystko na fali Pola manewru. Więc tak, to był ten czas, tylko że kolejna płyta wyszła ponad dekadę później.

Czy miałeś wtedy poczucie, że album przetrwa próbę czasu? Jak dziś patrzysz na jego znaczenie? Pytam, bo napisałeś na FB, że „album wciąż jest zajebisty, pomimo tego, że nagrywany był zupełnie domowo”.

Ciężko mi oceniać, czy to dobra płyta, czy nie — zawsze się znajdzie ktoś, komu się nie będzie podobać. Mam do niej duży sentyment i kiedy ostatnio jej posłuchałem po latach, to dotarło do mnie, że pomimo że miałem wtedy niewiele ponad 20 lat, te teksty nie tylko się nie zestarzały, ale uderzają jeszcze mocniej. Jasne, że dziś można narzekać na jakość, ale przypominam, że nagrywaliśmy to bez studia, prosto na deck — i ja się jaram, naprawdę. Faktycznie, jest to album dość ciężki, ale pełen dobrych tekstów — naczytałem się i nasłuchałem wielu bardzo pozytywnych komentarzy na ten temat.

W jakim stopniu twoja działalność dziennikarska i kolekcjonerska wpływały na brzmienie i kierunek płyty?

Wiesz, na pewno jakoś wpłynęły. Jestem dzięki temu bardziej otwarty na inne rzeczy. Zacząłem kolekcjonować, wtedy kasety, z rapem w 1990 roku, kupując taśmę MC Hammera. I poszło: dziś mam kolekcję przekraczającą 13 000 albumów rapowych na CD z ponad 60 krajów, prowadzę fanpage (CREAM – CDs Rule Everything Around Me – przyp.) w temacie. Mam nagrania rapowe z tak różnych stron gatunku i świata, że na pewno to jakoś wpłynęło na mnie i na to, co nagrywam.

Dziennikarstwem, czy też raczej pisaniem, zająłem się dopiero po wydaniu Pola manewru, bo zawsze łatwo mi to przychodziło, co szlifuję nie tylko na peju, ale i pisząc przewodniki po Warszawie. To moja kolejna pasja i działalność uboczna. Także wszystko się jakoś zazębia: lubię nowe rzeczy, próbować i sprawdzać, dlatego czasami nagrywam pod dziwne podkłady czy z osobami, o które nikt by mnie nie podejrzewał. Bo w czasie Pola manewru w życiu bym nie podejrzewał, że będę miał wspólne kawałki z Cypisem czy Jano z OMP, czy z kimś z zagranicy — na początku XXI wieku to były tak odległe planety, że postukałbym się w głowę; dzisiaj się jaram i nakręca mnie to kolosalnie.

To teraz o najważniejszym dzisiaj – jak doszło do pomysłu wznowienia Pole manewru? Jak wyglądał proces przygotowania tej reedycji — remaster, grafika, prawa, poszukiwanie materiałów? Czy udało się odnaleźć oryginalne taśmy lub pliki? Jakie było największe archiwalne wyzwanie?

Kiedy wydałem swoją ostatnią płytę w tym roku, To czasy się zmieniły nie ja, okazało się, że wydanie fizyka wcale nie boli aż tak bardzo, więc postanowiłem zrealizować również poprzednie albumy w tej formie. Zrobiłem Permanentny stan zagrożenia, bo on w ogóle nie wyszedł fizycznie w czasie wydania i jakby zginął w przestrzeni. Zrobiłem na nowo Błąd taktyczny, bo pierwotny nakład wyszedł tylko w slimcase w liczbie 30 sztuk, zrobiony zresztą przez Cypisa. Zatem reedycja Pola manewru była tylko kwestią czasu — co chwila ktoś pytał, czy nie zostało cokolwiek, a od dawna nie zostało nic. Nawet ja miałem tylko okładkę, bez cedeka.

Na szczęście jest taki świetny gość na tym świecie, który zajmuje się grafiką — Maciej Kurys — i on miał ochotę pobawić się przy tych wszystkich reedycjach, dostosowując okładki. Trochę mu to zajęło, ale to nieistotne — płyta wygląda jak 25 lat temu — nawet lepiej: nie jest posklejana i powycinana, a sam dysk ma również ilustrację, nie jest „sklepowy”. Miałem zgrane WAVy z płyty, więc jakość nie jest najgorsza, a staraliśmy się, żeby jak najlepiej zachować klimat tamtego czasu.

Czy szykujesz jakieś smaczki kolekcjonerskie do tej reedycji — numerowane sztuki, alternatywne okładki, dodatki?

Nie, nie będzie cukierków do płyty — muzyka to muzyka, a nie targowisko próżności. Każde z tych nowych-starych wydawnictw czymś się różni od wersji oryginalnej, więc już to może być smaczkiem, ale nie chciałem psuć wspomnień dodatkami.

Jak oceniasz to, że przez lata album był trudno dostępny — czy to pomogło w jego „kultowości”? I czy uważasz, że w ogóle taki był?

To nie mnie jest decydować, czy moja płyta jest kultowa, czy klasyczna — każdy osądzi według siebie, bo jednym wejdzie, drudzy się skrzywią. To naturalne. Ale coś w tym jest, bo zobacz: płyt i kaset w sumie wyszło kilkaset, nie da rady tego policzyć dokładnie, bo każdy sprzedawał czy rozdawał i poszło tego trochę. Robiło się tyle sztuk, ile było potrzebne, bo nagrywarkę każdy wtedy miał, klej i nożyczki do wykonania okładki i szło. Znamienne, że przy takiej liczbie nośników coś musiało przetrwać. A spróbuj gdzieś to znaleźć na sprzedaż! Nie ma od wielu lat, nikt się nie pozbywa, nawet Grędziu nie ma kasety!

Ludzie wrzucali poszczególne numery na YouTube, można je znaleźć na co najmniej kilku kontach, ale płyt nigdzie nie ma. Między innymi dlatego zdecydowałem się na reedycję — nie będę jak Kazik, który nie chce wznowić Spalam się, bo tak fajnie jest drogie. I rzeczywiście, zainteresowanie jest spore, mam nadzieję, że starczy mi sztuk. Zresztą, najwyżej dorobię. Zatem, czy jest to płyta kultowa, to ty to musisz mi powiedzieć.

Kultowa nie wiem, w pewnych kręgach na pewno, ale według mnie swoje miejsce w historii ma. To zostając przy reedycji, ale zmieniając kontekst – jesteś jednym z najbardziej znanych kolekcjonerów w Polsce. Czy decyzja o wznowieniu była dla ciebie też ważna właśnie pod względem – kolekcjonerskim?

Trochę też, bo lubię mieć na półce rzeczy, które sam zrobiłem. Wiesz, to taka rzecz, która namacalnie po mnie zostanie, tak jak te książki, czyli przewodniki po Warszawie, i inne rzeczy, które udało mi się zrobić.

To na sam koniec, jakie masz dalsze plany — zarówno muzyczne, jak i archiwizacyjno-kolekcjonerskie? Czy myślisz o kolejnych reedycjach?

Tych reedycji chyba już wystarczy — można jeszcze zrobić Pakt podziemi Układu Warszawskiego, ale raz, że to nigdy nie było na CD, dwa, że nie jestem pewny, czy wszyscy członkowie zespołu by sobie tego życzyli, a nie mam z każdym kontaktu. O kasetach sprzed UW nie będę wspominał — wystarczy, że zarchiwizował je Grędziu i są w sieci.

Co do planów wydawniczych. Ostatnia płyta z tego roku mnie trochę obudziła, odnowiła sporo kontaktów, wiele z nich się pojawiło i zaczęło się dziać na grubo. Jako że nam się świetnie współpracuje ze Stopatentów, próbujemy montować wspólny krążek. Jeśli Stopa się spręży, to będzie niebawem, bo ja już swoje zwrotki nagrałem.

Po drugie, wymyśliłem sobie projekt The Cipher. To będzie moja kolejna płyta, ale nie taka zwyczajna. Tytuł jest znaczący, bo każdy numer na tej płycie będzie takim cypherem w oldschoolowym znaczeniu — zbiera się paru kolesi w kółku i rymują wspólnie. Zatem każdy track to będzie moja zwrotka plus goście. Zacząłem zapraszać najpierw znajomków, potem tych, których nie znałem osobiście, ale wiem, że fajnie jadą, a potem… projekt zaczął żyć własnym życiem i w którymś momencie ledwo ogarniałem. Zasady niby były jasne, ale ludzie, po wysłuchaniu podkładów, zaczęli przysyłać zwrotki, nawet nie pytając, co i jak i… dziś wychodzi na to, że to będzie kilkadziesiąt raperów z Polski, USA, Francji, Kanady, Turcji, Grecji i może jeszcze kilku krajów, plus producenci, DJ-e… Odzew mnie zaskoczył maksymalnie, zwłaszcza wśród polskich raperów. Żaden mainstream, tylko niezależni ludzie — znani bardziej lub mniej, choć niektórzy naprawdę popularni. Mam nadzieję, że te plany się ziszczą w przyszłym roku, bo jak dla mnie zapowiadają się wybornie.

Autor: Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *