Shellerini „Rajzefiber”

Rajzefiber to Sheller w życiowej formie: równo, świeżo i bez fałszywych ruchów. Esencjonalny hip-hop, który buja i zostaje w głowie.

Gdyby ktoś na początku roku mi powiedział, że w grudniu będę poważnie rozważał, czy to właśnie płyta poznaniaka nie pozamiatała konkurencji, to – wzorem Marcina Najmana – kazałbym wziąć rozbieg i uderzyć w ścianę. Ale jednak tak się stało, a ja tym samym uratowałem czyjeś zdrowie, może nawet swoje.

Bo Rajzefiber to esencjonalny hip-hop, który umiejętnie łączy stare z nowym, różne style, i przy tym nie wpada ani w tandetę, ani w toporny plastik. Podkłady m.in. The Returners, Sher7ocka i Chrisa Carsona są pierwszorzędne i nie ma do czego się przyczepić, nawet na siłę. Pierwsi imponują tu wielokrotnie, najbardziej w klasycznie brzmiącym remiksie „Obskura”. Sher7ock pozamiatał album fantastycznie rozegranym, ale też trafiającym w gusta tych, którzy stronią od eksperymentów, „Nie śpię”. Carson natomiast wyszedł najmocniej poza schemat i w „Jungle” zabrał nas do UK, razem z wpadającym z gościnną wizytą Miłym ATZ, który swoją szorstkością dodał jeszcze więcej kolorytu całości.

I nie przypadkowo na końcu akapitu wspomniałem o gościu, bo inni na Rajzefiber naprawdę dowożą godne pochwały zwrotki i refreny. No, może poza Jano PW, który skutecznie nakazuje skipować „Ortaliony”. Na szczęście młodsza reprezentacja nadrabia wszystko z nawiązką. Prze-, ale to przesłodki i zarazem skryty za gospodarzem śpiew AZ-YL w moim ulubionym na trackliście „Nie śpię”, refren Persa (wiadomo co robi pies, więc nie trzeba słuchać dissów Tedego) czy Biak, starający się być najbardziej poważny w zestawie, a i tak kupujący nowy plecak.

Ale jest i on, Shellerini, który po raz pierwszy dał mi materiał wręcz idealnie skrojony pode mnie: piekielnie równy (pod tym względem jest znacznie lepiej niż na Produkcie lokalnym i Alma Mater), z masą celnych wersów i potężnymi refrenami, które zapadają w pamięć i robią dokładnie to, co powinny. Bo jeśli pada w nich poliester, czy łany pod kosą to już wyższa forma kreatywności z pozornym tylko kiczem. Reprezentant Poznania sprytnie lawiruje między ulicami, klubami, domowym zaciszem, a nawet Karkonoszami, dlatego Rajzefiber jest tak dobry: uniwersalny, bujający, a jednocześnie zapraszający na uszaka z Ikei. Gratuluję. Tego oczekuję od hip-hopu i rapera, który konsekwentnie robi swoje i nie stoi w miejscu. Zero wstydu, zero przeciągania struny, zero bieda-pomysłów. Rap.

Ocena: 4 na 5.

Autor: Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

3 komentarze do “Shellerini „Rajzefiber””

  1. Dzięki za to polecenie. Gdyby nie ten wpis to nawet bym nie zauważył, że wyszedł. Jest równo, jest dobrze (najsłabszy kawałek to „Ortaliony” z wrukwiającym śpiewem), jest nawet jungle ze świetnym cutem z „Human Traffic” (ostatnio tak dobrze na połamanych bitach to wg mnie leciał Fokusmok w 2003 z brak2sensu). Szelka u mnie do tej pory to był ten „typ od featów”: tu się pojawił, tam się gdzieś pojawił, a to nawinął u Gurala, a to ze Słoniem na składankę Decksa (świetny kawałek; tak tak, to WSRH ale ja ich nigdy nie słuchałem ze względu na Słonia, którego wręcz unikałem) ale nie śledziłem szczególnie jego działalności. Lokalna legenda sceny poznańskiej (nawet zawsze arogancki Śliwa go propsował) ale mnie trochę irytował swoim głosem – i to pomimo dobrych wersów. Aż tu wpada ten album. Dla mnie to zdecydowanie niespodzianka końcówki 2025 roku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *