
Mała polska wytwórnia z wielką misją, której celem jest przywracanie do życia starego rapu z USA. O tej pasji opowiadają mi jej założyciele.
Trumindz Records to inicjatywa dwóch pasjonatów, Roberta i Darka, którzy postanowili, że często rzadkie (ale nie ze względu na poziom!) i zapomniane, amerykańskie płyty hip-hopowe zasługują na drugie życie. Zamiast gonić za współczesnymi trendami, skupiają się na tym, co w rapie najważniejsze – autentyczności, historii, odwzorowaniu detali i fizycznym nośniku.
W rozmowie przybliżyliśmy nie tylko historię powstania labelu, ale też kulisy działalności, proces zdobywania licencji, największe wyzwania i to, dlaczego wierzą, że stary underground wciąż ma siłę przyciągać słuchaczy. To wywiad o pasji, determinacji i miłości do muzyki, której nie znajdzie się w mainstreamowych serwisach streamingowych, więc tym bardziej zapraszam.
Pozwolę sobie zacząć od początku i jednoczesnie najprostszego – skąd w ogóle pomysł na założenie wytwórni wydającej zapomniane płyty z USA?
Robert: Obaj od wielu lat jesteśmy zapalonymi kolekcjonerami i słuchaczami, którzy grzebią głęboko w poszukiwaniu artystów, których jeszcze nie słyszeli. Podczas naszych rozmów często padał temat, że fajnie byłoby mieć na półce dany tytuł, ale nie ma na to szans, bo nigdy nie został wydany. Więc powiedzieliśmy sobie, że może warto wziąć sprawy w swoje ręce i po prostu to zrobić.
Darek: Warto wspomnieć, że może nasz pomysł jest oryginalny jak na polskie warunki, ale nie jesteśmy pierwsi. Sama idea odkopywania ukrytych i niewydanych wcześniej albumów pojawiła się już 20 lat temu w USA i jakąś dekadę później w Europie. Podobne projekty były i nadal są realizowane na Zachodzie. Warto wspomnieć chociażby o Traffic Ent. założonym przez Papa D (USA), Back 2 Da Source (Belgia), Dust and Dope (Kanada/UK), Hip-Hop Enterprise (Belgia), Heavy Jewelz Records (Niemcy), Chopped Herring Records (UK), Smoke On Records (Niemcy), Most Wanted Records (Luksemburg) czy 90’s Tapes (Niemcy).
Ok, a czy pamiętacie ten moment, kiedy padła decyzja „robimy to na poważnie”?
Robert: Temat wspólnego przedsięwzięcia mieliśmy już w planach od dawna, ale wtedy na tapecie był inny typ działalności, chociaż też powiązany z tą kulturą. Jeżeli chodzi o wydawanie muzyki, to wszystko zaczęło się jakieś cztery lata temu, pod koniec 2021 roku. Siedzieliśmy wtedy u Darka i zaczęliśmy kombinować z nazwą i głównymi założeniami naszego labelu. Kilka miesięcy później założyliśmy firmę i szczęśliwie udało nam się dotrwać aż do dzisiaj.
Darek: Ja myślę, że „robimy to na poważnie” jeszcze przed nami. Póki co Trumindz Records to w dalszym ciągu bardziej działanie hobbystyczne, nieukierunkowane na zysk. Cały czas na pierwszym miejscu jest zajawka.
Dlaczego akurat hip-hop z USA i dlaczego ten zapomniany?
Robert: Kiedy zacząłem słuchać rapu, czyli na przełomie lat 80. i 90., to jego polskiego odpowiednika jeszcze wtedy nie było. Był to okres transformacji ustrojowej, więc wszystko było nowe, kolorowe – to był taki powiew zakazanego i niedostępnego przez dekady Zachodu, którym wszyscy się zachłysnęli. Nasz label powstał w Poznaniu, ale ja pochodzę z Koszalina. Poznałem rap w podstawówce, do której trafił on głównie poprzez break dance. Chłopaki tańczyli na szkolnych korytarzach jednej z największych tamtejszych szkół, zapełnionej po brzegi tłumem uczniów z okolicznych blokowisk z północnej części miasta, i od razu się tym zajarałem.
Trzeba też pamiętać, że o wszystko było wtedy ciężko. W sklepach nie było prawie nic związanego z hip-hopem, więc trzeba było kombinować. Dzisiaj, w czasach internetu, międzynarodowych platform sprzedażowych, PayPala i Revoluta, młodym ludziom ciężko to w ogóle zrozumieć. Każda informacja pozyskana np. z niemieckiego „Bravo” czy innego zagranicznego czasopisma, każda piracka taśma kupowana od sprzedawcy z łóżka polowego, czy przegrywana po raz któryś z kolei była na wagę złota, wszystko było okryte taką mgiełką tajemnicy. Byliśmy inni od wszystkich, zupełnie nowa subkultura.
Później oczywiście wszystko zaczęło się rozrastać w niesamowitym tempie, łącznie z rozwojem naszej rodzimej sceny, i obecnie jest jednym z głównych gatunków muzycznych na rynku. Słucham rapu z całego świata, bez względu na język, ale jednak trzymam się najbardziej korzeni mojej zajawki i rap anglojęzyczny (to nie tylko USA) jest mi najbliższy, bo uważam, że jest po prostu najlepszy. Natomiast nigdy nie mówimy nigdy i nie oznacza to, że kiedyś nie będziemy chcieli wydać czegoś z innego kraju, choćby z naszej rodzimej sceny.
A dlaczego zapomniany? Dla prawdziwych diggerów nic nie jest zapomniane. A tak na poważnie – właśnie dlatego, żeby uchronić niektóre tytuły przed zapomnieniem i przedstawić je szerszemu gronu słuchaczy, bo na to zasługują.
Darek: Odpowiedź jest banalnie prosta. To był najlepszy okres w historii tej muzyki, najlepsza scena. Jeśli gdzieś szukać nieodkrytych perełek, to tylko w USA i tylko w tych latach. Późniejsze czasy to zupełnie inne realia – to powszechny dostęp do internetu i sprzętu muzycznego, kiedy prawie każdy mógł nagrać album. Dlaczego zapomniany? To po części kontynuacja tego, co robimy na co dzień jako diggerzy – cały czas jest w nas żyłka odkrywców, potrzeba pokopania tam, gdzie inni nie zaglądają. To mi daje największą satysfakcję.

Jak wybieracie płyty, które chcecie wznowić? Kierujecie się nostalgią, niedostępnością, kultem wśród diggerów?
Robert: Po trochu wszystkim powyższym. Do tego dochodzi jeszcze dostępność, czyli możliwość dotarcia do artysty lub osoby posiadającej prawa autorskie. No i przede wszystkim jakość. Mówimy tutaj zarówno o jakości pod względem technicznym, czyli jakość samego materiału, jak i o jakości muzycznej. Mamy z Darkiem dość zbliżony gust muzyczny, więc jeżeli dany materiał nam się nie podoba, to po prostu odpuszczamy. Trumindz Records nie wydaje byle gówna.
Darek: Po pierwsze wartość muzyczna. Nigdy nie podpisalibyśmy się pod czymś co nie odpowiada nam brzmieniowo.
Czy jest jakiś tytuł, o którym marzycie, ale nie możecie go wydać (jeszcze)? Jakie wydawnictwo (realne lub marzenie) byłoby dla was zwieńczeniem działalności?
Robert: Oczywiście. Pomimo pewnej, panującej obecnie mody na reedycje i wykopywanie starych materiałów oraz dużej konkurencji na tym polu, nadal zostało sporo ciekawych tytułów, które z różnych względów nie zostały jeszcze wydane. Jednym z nich jest chociażby debiut Dilated Peoples Imagery Battle Hymns & Political Poetry z 1994 roku, którego prawa autorskie utknęły gdzieś w labelach i którego wydanie będzie obecnie bardzo trudne. Rozmawiałem o tym nawet niedawno z Evidence’em przy okazji jego koncertu w Warszawie.
Czy jest jakiś tytuł na zwieńczenie działalności? Nie wiem, nie myślałem nigdy o tym w ten sposób. Jeżeli skończy nam się zapał lub zobaczymy, że dalsze prowadzenie labelu jest drogą donikąd, to wtedy zakończymy, ale raczej nie będzie to miało nic wspólnego z wydaniem danego tytułu.
Darek: Twista i jego Resurrection z 1994 roku. To taka nieoczywista płyta tego artysty, całkowicie różniąca się od reszty dyskografii, przez to dla mnie wyjątkowo interesująca. Czekam też z niecierpliwością na dalszy rozwój technologii AI. Otworzy to nowe możliwości w wydawaniu zapomnianej muzyki. Już dziś ta technologia jest wykorzystywana przy remasteringu, ale mówimy o czymś dużo bardziej rozbudowanym.
To teraz rzecz najbardziej mnie interesująca – jak wygląda proces zdobycia praw do takich wydań?
Robert: Jest to dość żmudna i czasochłonna praca, bo musimy to ustalić poniekąd sami, bazując na informacjach podanych przez artystę (lub label), ale również tych dostępnych w muzycznych bazach danych (o ile dany numer jest tam zarejestrowany). Oczywiście osoba podpisująca się pod kontraktem z nami bierze odpowiedzialność, ale pamiętajmy, że mówimy o sprawach sprzed 30 lat i starszych, gdzie na dodatek często panowała w tym względzie „wolna amerykanka”, więc zawsze trzeba się zabezpieczyć najlepiej, jak to tylko możliwe.
Darek: Zdecydowanie najtrudniej o pierwszy kontakt. Szczególnie dziś, kiedy w internecie grasują różnego rodzaju scammerzy, a ludzie są nieufni wobec niesprawdzonych osób z zagranicy. Ale oczywiście bardzo często sprawa wysypuje się na innym etapie, jak np. brak praw do materiału lub w przypadku grup – sprzeciw jednego z członków. Jeśli w coś wchodzimy, to faktycznie musimy mieć pewność, że po drugiej stronie jest osoba, która podpisuje kontrakt i że posiada pełnię praw do materiału, na który udziela nam licencji. Może się okazać, że prawa do materiału posiada label – bardzo popularna praktyka wśród dużych graczy, którzy jednocześnie podpisując kontrakt z artystą, zabezpieczali się, kupując pełnię praw do danego albumu.
A macie kontakt z artystami, których wydajecie? Czy któryś z nich był zaskoczony, że ktoś chce wznowić jego materiał po tylu latach?
Robert: Jasne, bez tego nasza działalność nie byłaby możliwa, gdyż w większości przypadków, z którymi mieliśmy do czynienia, to oni posiadają prawa autorskie w różnym zakresie procentowym. Czy są zaskoczeni? Raczej nie. Po kilkudziesięciu latach w tej branży mało co jest w stanie ich zaskoczyć.
Zdarzyło się, że ktoś wam odmówił? Dlaczego?
Robert: Pewnie, że tak. W przeciwnym wypadku nasz label miałby pewnie ze trzy razy większą dyskografię. Musimy pamiętać, że oni tam żyją dniem codziennym i często uważają ten rozdział życia sprzed kilku dekad za zamknięty. Ich losy różnie się potoczyły i często nie mają już nic wspólnego z biznesem muzycznym. Czasem jest to też kwestia pieniędzy, ale najczęściej zostawiają nas bez konkretnej odpowiedzi, pomimo że wcześniej wyrażali zainteresowanie, więc tak naprawdę jest to po prostu tzw. wyjście po angielsku.
Szkoda, bo mieliśmy już kilka naprawdę zaawansowanych rozmów w sprawie mega projektów i skończyło się rozczarowaniem. Dlatego obecnie na nic się nie napalamy. Robimy swoje najlepiej, jak umiemy i jak coś z tego wyjdzie, to super, a jak nie, to trudno – lecimy dalej z innymi tematami.
Robicie remastery? Poprawiacie oryginały, czy zostawiacie jak było?
Robert: Oczywiście, że robimy remastery. Materiał, który do nas trafia, jest często w opłakanym stanie i trzeba z niego wyciągnąć wszystko, co najlepsze. Dlatego współpracujemy z kilkoma świetnymi masteringowcami: głównie z Jee Van Cleef z Francji oraz Bartkiem Napieralskim, których serdecznie tutaj pozdrawiamy, bo robią świetną robotę. Od samego początku stawiamy na jakość i zależy nam, żeby klienci nas z tym kojarzyli i nie byli zawiedzeni. Przy tak małych nakładach to musi być nasz znak firmowy.
Wiecie, kto kupuje wasze płyty? Hardcore diggerzy, DJ-e, czy młodsze pokolenie, które dopiero odkrywa ten klimat?
Robert: Opierając się na sprzedaży oraz obserwacji ruchu w sieci na różnych grupach dyskusyjnych, w zdecydowanej większości są to diggerzy i kolekcjonerzy, którzy w dużej części kojarzą dany materiał chociażby z bootlegów lub wcześniejszych wersji. Pojawiają się też zamówienia od słuchaczy z młodszego pokolenia, co nas bardzo cieszy, bo chcielibyśmy, żeby było ich więcej, ale niestety nie ma ich za dużo.
Rap jest obecnie wyparty przez trap i wszelkie jego pochodne, które z kulturą hip-hopową nie mają za wiele wspólnego, więc tutaj raczej nie oczekujemy, że coś się diametralnie zmieni. Dlatego każdy pozyskany młody słuchacz podnosi nas na duchu, bo dzięki temu wiemy, że ta kultura nie zostanie zupełnie zapomniana.
Jak sądzicie, czemu tak dużo dobrego rapu z lat 90. i 00. przeszło niezauważone lub zostało zapomniane?
Robert: Odniosę się tutaj bardziej do lat 90., bo jednak lata 00. to już nieco inny okres. Trzeba pamiętać, że to były inne czasy. Mało kogo było stać na dobry sprzęt, żeby nagrać coś jakościowego w domowych warunkach i wzbudzić zainteresowanie wytwórni. Natomiast jedyną możliwością nagrania czegokolwiek, co można by było wydać już oficjalnie, było studio nagraniowe, do którego tylko nieliczni mieli dostęp. Dlatego pierwsza eliminacja była już na etapie osiedla, bo do współpracy zapraszani byli tylko najlepsi lub ewentualnie ci, którzy mieli trochę znajomości i pieniędzy.
Trzeba pamiętać, że muzyka powstawała często w najbiedniejszych dzielnicach. Dla większości to był jedyny sposób wyrwania się z biedy, bo nie każdy miał umiejętności sportowe, a tylko garstka miała szanse na lepszą edukację i dobrą pracę. Kiedy w latach 90. nastąpił boom na hip-hop, każdy chciał wyszarpać z tego tortu coś dla siebie. Na każdej dzielnicy, czy ulicy, w każdym mieście i miasteczku powstawała nowa muza. Stąd sama ilość tego materiału jest przeogromna i nawet pomimo pierwszego przesiewu nadal zostało dość sporo, żeby po 30 latach móc wydać coś fajnego, co albo nie doczekało się porządnego wydania fizycznego, lub w ogóle się go nie doczekało.
Oczywiście nikt nie oczekuje, że nagle pojawi się drugi nieodkryty Illmatic, Infamous, Enter the Wu-Tang, Midnight Marauders, Doggystyle czy ATLiens i odmieni historię postrzegania najlepszych albumów wszech czasów. To jest niemożliwe. Ale nadal wynajdywane są bardzo solidne wydawnictwa, które komuś, kto kocha to brzmienie i tę muzykę, przynoszą dużo radości.
Darek: Wczesne lata 90. to naprawdę trudny okres dla raperów. Konkurencja była ogromna. Sesje nagraniowe odbywały się w zasadzie tylko w studiach, a to wymagało funduszy. Niewielu to się udało, a i tak większość „karier” na wschodnim wybrzeżu kończyło się na pojedynczym dwunastocalowym singlu. To jest właśnie częsty problem, z którym się stykamy – materiał przetrwał do dziś, ale jest go za mało.
Czy któryś z tych albumów miał dla was osobiste znaczenie, zanim zdecydowaliście się go wznowić?
Robert: Chyba mamy na koncie za mało tytułów, żeby na tym etapie móc wybierać jakiś szczególnie osobisty album. Każdy jest ważny. Jeżeli już jednak musiałbym coś wybrać, to postawiłbym na nasze pierwsze wydawnictwo, bo ten album T-Maxa był właśnie jedną z tych płyt, które zawsze chciałem postawić sobie na półce, a jedyna istniejąca wersja była bardzo rzadka i droga, a na dodatek wydana w formacie CD-R, który ją dyskwalifikował. Poza tym T-Max był akurat wyjątkowo szczęśliwy, że wydaliśmy jego muzykę, więc fajnie było sprawić przyjemność również temu bardzo niedocenianemu MC z Bostonu.
Darek: Myślę, że T-Max. Naprawdę duża satysfakcja, kiedy okazało się, że wiele osób dopiero po naszych wydawnictwach poznała jego twórczość. To buduje i motywuje do działania na przyszłość.
Na sam koniec, jako Trumindz Records, pozdrawiamy wszystkich naszych klientów, dzięki którym istniejemy i możemy nadal się rozwijać. Nie możemy też zapomnieć o naszym bliskim ziomalu Kubie, który pomaga nam prowadzić profil na Insta i zawsze służy nam pomocą, gdy jesteśmy w potrzebie i jest z nami od samego początku. Pozdrówki też dla Pstryka za mega okładki i celne uwagi dotyczące strony graficznej naszych wydawnictw. Na koniec grube propsy dla wszystkich hip hopowych głów, zajawkowiczy i kolekcjonerów, dzięki którym ta kultura nadal istnieje i wbrew komercyjnym mediom ma się całkiem dobrze.
PS
Płyty wydane przez Trumindz Records znajdziecie tutaj.

Mega, że ktoś w Polsce robi coś takiego, bo stary rap to często skarb a nie jest doceniany tak jak powinien szkoda że mainstream tego nie łapie
No ale to dobrze, że mainstream tego nie łapie, bo nie byłoby tak fajne. Poza tym rządzi się on innymi prawami.