Jig Magger / JFTD „All I See is Jazz” + Tuelv „Relief”

Instrumentalny hip-hop najwyższej próby. Jig Magger, JFTD i Tuelv udowadniają, że polska scena nie ma się czego wstydzić, wręcz przeciwnie.

Te wszystkie polskie beattape’y, płyty instrumentalne i w ogóle te produkcje, na których nie przeszkadzają raperzy, a bądźmy szczerzy, najczęściej oni psują całość, są zazwyczaj co najmniej solidne. Żeby nie powiedzieć, że po prostu dobre. Pod tym względem naprawdę nie mamy się czego wstydzić, bo scena jest silna, ciekawa i wybitnie zróżnicowana, czemu dowodzą też takie eventy jak m.in. Beat Battle (o którym szerzej opowiedział Vu tutaj). I nie lubię tego określenia, że „każdy znajdzie coś dla siebie”, ale rzeczywiście coś w tym jest.

Akurat teraz mam dwa przykłady projektów podobnych do siebie, które dają mnóstwo satysfakcji, sprawdzają się niemalże o każdej porze i, co najważniejsze, przypominają to, za co – znowu tego nie lubię – pokochałem hip-hop. Bo choć między Jig Maggerem (tym razem z wielką rolą JFTD) i Tuelvem różnice są, to zarówno jeden, jak i drugi na moim obecnym etapie życia dostarczyli mi projekty, które zwyczajnie wprowadzają w stan błogiego relaksu.

No wiecie, trochę pobawię się z córką, pójdę do ogrodu, pojadę do pracy ze słuchawkami na uszach czy wieczorem, przed mundialowymi i bezdusznymi spotkaniami, ale z kieliszkiem wina, włączam All I See is Jazz i Relief i… koniec świata. Tzn. wyciszenie. Hip-hopowy sznyt, dęciaki, klasa, styl i cholera wie, co tam jeszcze można sobie pozytywnego do tego przypisać. Dlatego też nie rozdzielam tych płyt, a w zasadzie traktuję je trochę tak, jak na okładce produkcji młodszego z braci Natalich – jako odbicie.

Jig Magger i JFTD mają zdecydowanie więcej jazzowego feelingu i, co należy podkreślić, DJ-ów, którzy między perką a trąbką swoimi skreczami (np. w „She” z DJ-ami Krootkim, Benem i Przemytem) nadają całości jeszcze więcej charakteru. Mocny i dobry kierunek, który utwierdza mnie w przekonaniu, że Jig od dawna skutecznie realizuje swoją wizję bez oglądania się na kogokolwiek (mam nadzieję, że pamiętacie Vibes, Beats & Melody?). Tuelv postawił za to na skuteczne rozwinięcie poprzedniego longplaya i więcej hiphopowego zacięcia – nie tylko dlatego, że otwierający „Dialogue” zaczyna się oldskulowym bębnem i skutecznie nakreśla kierunek na to, co będzie dalej (halko – „Madness” i wybitnie peterockowy „Letter”), ale też potrafi ciekawie zaskoczyć i zamiast o NYC bardziej oprowadza mnie po Chicago, podążając tropem Kanyego Westa z wysokości Be.

Także bez wielkiej ekwilibrystyki, zbędnych tłumaczeń i nadmiernego chwalenia, bo tu sama muzyka najlepiej się definiuje – moje oczekiwania zostały spełnione. Czas relaksu (jak u Andrzeja i Elizy, też to lubię!) jest zwyczajnie błogi, a do tego nie muszę ściszać sprzętu przy dziecku, jak to miałem ostatnio przy okazji popisów Bosskiego (Boże, jak te hip-hopowe światy potrafią być od siebie odległe i różnorodne). No, w to mi graj. Piękne, uniwersalne i, co najważniejsze, wartościowe płyty, które nie tylko trzeba znać, ale i mieć (kupisz tu i tu).

Ocena: 4 na 5.

Autor: Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *