Wielki powrót, czyli drogie JuNouMi Vol. 5

Legendarna marka powróciła, ale jest o niej trochę za cicho. Czy w takim razie naprawdę zasłużyliśmy na kolejne JuNouMi?

Przerwa pomiędzy piątą częścią a czwartą była jeszcze dłuższa niż między żółtym winylem a trzema pierwszymi woluminami. I być może właśnie dlatego, najnowsze wydawnictwo JuNouMi Records smakuje jeszcze lepiej.

To nie jest idealna część, ale jest znacznie ciekawsza niż solidna czwórka. W czasach, kiedy undergroundowych składanek w zasadzie nie ma (nie to, żeby wcześniej było ich nie wiadomo ile…) JuNouMi Records EP Vol. 5 jawi się jako hołd dla najlepszych czasów polskiego podziemia i gra nostalgią, która przypomina beztroskę, trochę amatorki i… zwyczajność. Tak po prostu.

JuNouMi zawsze miało mocne otwarcia i zamknięcia – na niebieski winyl zaprasza w noonowym stylu Expo2000, któremu pomaga DJ Romek, całość kończy w swoim stylu Emapea, jednak najciekawsze dzieje się pomiędzy nimi. Pamiętam, jak kilka tygodni było wielkie poruszenie związane z absolutnie fenomenalną „Piosenką” Ortegi Cartel i Reno. W moim osobistym rankingu tegorocznych singli niemalże z miejsca ten track wskoczył na podium i przy okazji, co wydaje się znacznie ważniejsze, przypomniał czasy, kiedy poznawałem rap. Nie z internetu, ale ze „Ślizgów”, na szybko przeglądanego w płockim Empiku „The Source”, czy Vivy.

Mocno pochwalę też P.Unity i Hadesa – leniwy podkład, za który Kuba Knap oddałby całą dyskografię z 2019 roku, a i warszawiak na takim beacie brzmi lepiej niż na ostatnim dokonaniu, skądinąd bardzo dobrym, z Barto Kattem. Dlatego słuchając „Epikantusa” robi mi się trochę smutno, że stołeczna ekipa po wydaniu fenomenalnej epki Mango i solidnym LP Pulp, który muszę w końcu kupić, nie odniosła sukcesu. Szkoda.

Skoro już wspomniałem Knapa („W 95 zajebałem do piaskownicy salto, do dziś mam bliznę na czubku sagana”), to muszę na chwilę przystanąć przy „Tutaj są koła” WCK, Mielzkiego, Persa i Jupijeja, najbardziej zróżnicowanym i chyba stylowym numerze na JuNouMi, głównie dzięki producentowi. Envee bawi się formą, skacze pomiędzy stylami, atakuje dęciakami, wyciąga bas z podłogi, podkręca BPM-y.

Jeden spalony innym słońcem, drugi za młody na Heroda, trzeci ciągle jest z Opola. Wszystko dla Groha. Wspominkowy „O” na podkładzie Urbka, w którym Stasiak znów, cyk, cyk, pyk, odstaje od kolegi na majku, tym razem od Rasa, może się podobać również dzięki skreczom DJ-a Kebsa. Tutaj liczy się styl, okiełznanie cudownego beatu, który niesie zwrotki i daje feeling. Równie dużo dobrego robi podkład Webbera dla Miłego ATZ, który wyprowadza rapera na pierwszy plan i pozwala skupić się właśnie na nim. Nie przekonuje mnie PAL SECAM z Miodem, zero jakichkolwiek emocji, za to Metro znów nasłuchał się Jayliba i nakręca Bryndala i Łonę na jeszcze większe łupy w „Splendorze”

Szkoda tylko, że JuNouMi Records EP Vol. 5 odbiega od współczesnych czasów pod innym względem – całości nie uświadczycie na streamingach, znajdziecie tam tylko kilka wybranych numerów, coś się znajdzie też na YouTube. Z jednej strony można żałować, z drugiej… to wciąż underground i to taki, który znów przypomina, że niektórych rzeczy nie da się posłuchać tak od ręki. Trzeba poszperać, poczekać i mieć trochę szczęścia. Łapać trochę tu, trochę tam. Dokładnie tak samo, jak to było, kiedy wspominałem pierwszą część. I również dzięki temu piątka ma w sobie jeszcze więcej magii.

A na sam koniec, odpowiadając na pytanie zadane samemu sobie na samym początku – czy zasłużyliśmy na powrót JuNouMi? Tak, bo każdą niszę trzeba przecież zapełnić, a jak nie oni, to kto?

Autor: Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *