Jakie płyty kupowałem i ile na nie wydałem w 2025 roku?

Zanim przejdę do wyboru moich ulubionych albumów minionych dwunastu miesięcy, zacznę nietypowo. Od podsumowania wydatków na muzykę.

Zawsze kupowałem sporo, ale czasy, kiedy za około 10 dolarów (przy kursie ok. 3 zł!) sprowadzałem kilka płyt z USA w jednej paczce, minęły raczej bezpowrotnie. Dziś o tak tanie albumy w co najmniej niezłym stanie wybitnie trudno, choć raz na jakiś czas trafi się okazja. I to ich głównie szukam, choć przyznam, że zdarza się to rzadko, a jeśli już, to nie są to żadne game changery dla mojej kolekcji płyt. Ale po kolei.

Od 2011 roku każdego miesiąca skrupulatnie prowadzę zestawienie wydatków na muzykę. Zapisuję wszystko: CD, mp3 (Bandcamp), winyle i kasety (tak, zdarzyło mi się kilka razy, zawsze żałuję tak samo). Kilka lat temu dorzuciłem do tego streaming, więc w komórkach Excela regularnie pojawia się kwota 23,99 zł za Spotify.

Nie prowadzę natomiast statystyk ilościowych, liczy się tylko kwota na koniec miesiąca, potem suma roczna. Od 2019 roku, kiedy mocno odświeżyłem swój arkusz, moje wydatki w skali dwunastu miesięcy prezentowały się następująco:

  • 2019 – 1 937,14 zł
  • 2020 – 2 248,49 zł
  • 2021 – 2 137,87 zł
  • 2022 – 4 449,03 zł
  • 2023 – 6 500,03 zł
  • 2024 – 5 997,29 zł

Jak widać, różnice są spore. Ten nagły skok w ostatnich latach wcale nie wynika z nagłej poprawy statusu materialnego czy kompletnej zmiany hierarchii życiowych potrzeb, ale… po etapie, kiedy dużo wydawałem, musiałem trochę zwolnić. W ostatnich trzech latach zacząłem za to uzupełniać zbiory o płyty, na których zawsze mi zależało.

To cholerstwo najczęściej jest bardzo drogie i potrafi kosztować ponad 100 zł za używane CD (jak np. ok. 150 zł za praktycznie idealne Razem SNUZ czy rekordowe 500 z hakiem za fabrycznie zafoliowane Smak B.E.A.T. Records). Jakość, a nie ilość, a z muzyką, zwłaszcza z tą trudno dostępną, jest jak z każdym innym aspektem życia — trzeba zapłacić, nie zawsze mądrze. Wolę zrezygnować z kilku drobiazgów, odpuścić jedzenie na mieście czy inne przyjemności, byle tylko uzupełnić dyskografię np. Das EFX, Statika Selektah, czy porwać się na jakąś limitowaną edycję.

W minionym roku zakupowy prym wiodła zdecydowanie francuska scena. Myślę, że do zbiorów dołożyłem co najmniej 50 klasycznych pozycji, wpadła praktycznie cała albumowa dyskografia Les Sages Poètes de la Rue, sporo rzeczy od kolektywu IV My People i przyległych im składów. Mocno uzupełniłem też polskie półki (Peja, Gural), dorzuciłem trochę rzeczy z Austrii (np. Waxolutionists czy Texta), z 15-20 płyt z logo Stones Throw wzbogaciło kolekcję.

Oczywiście, mnóstwo zakupów było kompletnie zbędnych. Czasem coś wpadło po taniości (np. Genesis Domo Genesisa, które lubię, ale równie dobrze mogę posłuchać ze streamingu), ale ostatecznie takie płyty lądują na półce w folii i pewnie nigdy nie trafią do odtwarzacza.

No dobrze, najważniejsze pytanie: ile w 2025 roku wydałem na płyty? I czy było warto? Mój wynik to 6 396,87 zł. I tak, było warto. Ktoś inny kupi za to nowe felgi, kartę graficzną, markowe ubrania albo pojedzie na wakacje. Ja zostawiam te pieniądze w muzyce. I to jest w tym wszystkim najfajniejsze. Pasja pozostaje pasją. Najwięcej wydałem w październiku – 1307,74 zł, najmniej w kwietniu – 35,99 zł.

W 2026 roku chcę mocno ograniczyć zakupy i na płyty przeznaczyć maksymalnie połowę tej kwoty. W pierwszej kolejności muszę definitywnie, co powtarzam sobie od kilku lat, uporządkować zbiory. Wprowadzić całą kolekcję na Discogsa, zabezpieczyć płyty foliami, przejrzeć winyle i chyba pozbyć się tego, co mi się dubluje lub od lat zbiera kurz (przy okazji – polecam ten tekst, który pozwala na nowo spojrzeć na swoją płytotekę). Jak to wyjdzie w praktyce? Zobaczymy.

Autor: Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Jeden komentarz do “Jakie płyty kupowałem i ile na nie wydałem w 2025 roku?”

  1. Tak, znam to bardzo dobrze z autopsji. Ostatnio mniej kupuje nowych płyt ale jak zacząłem na Discogsie wreszcie uzupełniać braki, to… kasa leci jak woda. Mam płyty, które ze względu na cenę od kilku (a nawet kilkunastu lat) siedzą na liście do kupienia i czekają na swój czas. W ubiegłym roku w końcu stwierdziłem, że taniej nie będzie, a wręcz odwrotnie – będzie tych płyt coraz mniej na rynku, będą w coraz gorszym stanie więc trzeba zacisnąć zęby i zacząć zamawiać. Nie jest to jedynie hip-hop, jest też muzyka filmowa i parę innych rzeczy, ale ostatecznie rap przeważa. Niektóre płyty już kilkanaście razy dodawałem do koszyka by ostatecznie zrezygnować z zakupu. Np. drugie EPMD czy Kno – „Death is silent”. Nie mogę się przełamać i dać $100 za kopię w dobrym stanie chociaż bardzo lubię ten album za klimat i produkcję. No nic, w końcu będę musiał to zrobić.

    Co do podsumowań to wolałem nie sprawdzać ile wydaję na muzykę w skali roku. Zainspirowałeś mnie jednak do tego, podsumowałem wybrane wiersze w Excelu i wyszło mi niecałe 2.000 zł… miesięcznie (prawie 23.000 zł za cały 2025 rok). W tej kwocie nie ma streamingów, bo to inna zakładka w Excelu. Chyba przesadziłem. Zakupiłem zdecydowanie za dużo winyli, które niestety kosztują drogo bo limitowane, bo tylko kilkaset sztuk, bo gatefold, bo tamto i owamto itp. Trafiło się też kilka kaset, ale wyłącznie ze względu na unikalne wydanie niedostępne inaczej. Moje mocne postanowienie noworoczne to mniej winyli (absolutne minimum, czyli jedynie to co nie wychodzi na CD a co muszę mieć) i skupienie na dalszym uzupełnianiu braków na CD, który jest moim podstawowym i ulubionym nośnikiem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *