Niezależność sklepowa

sklep muzyczny

Kapitalizm kapitalizmem, ale szanujmy tych, którzy występują częściowo przeciwko niemu. Czasami nawet on schodzi na dalszy plan w obliczu czegoś, czego zaczyna powoli brakować. Mogłoby się tak w pierwszej chwili wydawać, ale jednak czy aby na pewno?

Nie chcę podnosić dyskusji o tym, czy niezależne sklepy płytowe są lepsze od tych sieciowych, bo to raczej jest oczywiste, ale ostatnimi czasy można zauważyć pewien fenomen. Wzięło się to zapewne stąd, że fizyczny nośnik wraca do łask, zwłaszcza winyl (a i mimo spadającej sprzedaży kompaktów to uważam, że nośnik trzyma się całkiem nieźle. Są przecież wydania specjalne i limitowane, chociaż z drugiej strony mają one za zadanie zarówno zachęcić potencjalnych kupców, jak i radować kolekcjonerów) i dzięki temu sklepy mają się może trochę lepiej.

Niedawno w telewizji Polsat, a konkretnie w ich „Wydarzeniach”, pojawił się materiał o czarnych płytach. Wiecie: że moda, że wracają do łask, że kolekcjonerzy wydają sporo kasy itd. Fajnie się to zgrało z powstaniem stacjonarnego Asfalt Shopu, który w tym materiale został pokazany (do obejrzenia tutaj, konkretnie od 19:22, wypowiadali się m.in. Hirek Wrona i Tytus) i kto wie czy jednak to nie był punkt kulminacyjny tego krótkiego reportażu. Czemu punkt kulminacyjny?

Takich małych i magicznych miejsc jak sklep Asfaltu najzwyczajniej w świecie brakuje. W czasach kiedy są one zamykane, kiedy bardzo duży procent sprzedaży muzyki przeniósł się na stałe do sieci, to jednak ktoś zdobył się na odwagę i otworzył coś takiego w całkiem niezłym punkcie. Paradoks? Tak, tym bardziej że cenowo wcale nie ma zamiaru rywalizować z wielkimi molochami czy rodzimymi Empikami, bo nie w tym rzecz. Podobnie jest w przypadku Side One, który właśnie… wydał płytę na swoje dziesięciolecie (genialna inicjatywa, o której można poczytać więcej tutaj, a sam album kupić tu).

Dla mnie sprawa jest prosta – bardzo rzadko kupuje płyty w sklepach sieciowych, o wiele częściej robię to przez internet w mniejszych sklepikach. Powód – u mnie w Płocku takich niezależnych sklepów już nie ma. Nie zbiednieje od tego, że zapłacę kilka złotych więcej tylko dlatego, że dam zarobić ludziom, którzy znają się na rzeczy. Pogadam, doradzą, odłożą na później, pozwolą wynegocjować cenę itp. Znają się na rzeczy. To lubię, a w sieciówkach? Rzadko (bo nie jest to oczywiście normą) znajdziesz kogoś, kto orientuje się kim są np. Grand Puba czy chociażby skład Echinacea (swoją drogą dzisiaj kupiłem ich album za 9 zł w kieleckim Fanie). Ze współczesnymi artystami, zwłaszcza tymi typowo mainstreamowymi, nie ma problemu, ale z oldschoolem czy innymi starszymi rzeczami nie ma lekko…

Reasumując: ekonomia to nie wszystko, ale z drugiej strony to takie delikatne moje zboczenie do bycia „anty”. Aha, korzystając z okazji: zastanówcie się ile razy słyszeliście taką frazę jak „szukajcie w dobrych sklepach muzycznych”? Wiecie już jakie są to sklepy.

Tymczasem…

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Zostaw odpowiedź