Czy warto kupować używane płyty?

Źródło: papermag.com
Źródło: papermag.com

Przychodzi w końcu dzień, kiedy chcesz być fajny. Postanawiasz zostać kolekcjonerem płyt. Gratuluję, bo w mojej iluś tam stopniowej skali oceniania ludzkości zdobywasz punkt na starcie. Przy okazji zaczynasz zadawać sobie bardzo ważne pytanie: czy warto kupować używane płyty?

Nie, nie warto.

Bono powiedział kiedyś, że powinna być pobierana prowizja od każdej sprzedanej używki i przekazywana twórcom danego albumu. Na pierwszy rzut oka, jest w tym trochę sensu, ale czy sprzedając komuś samochód odprowadzasz pewną kwotę producentowi auta? Nie. No właśnie. Tyle tylko, że producent dalej zarabia na serwisie, na częściach itd., a twórcy muzyki nie. Szanujesz tak bardzo artystów, że podzielasz zdanie wokalisty U2 (lubię to, mimo że nie było tego na żadnym albumie studyjnym Irlandczyków) i wydajesz kilkanaście, a czasami kilkadziesiąt złotych więcej, tylko po to, żeby postąpić zgodnie z wolą twojego ulubieńca.

Drugim powodem jest folia, którą lubisz zdejmować. Lubisz wąchać nową płytę i być tym pierwszym. Prawie każdy to lubi, ale ja nie jestem „każdy” i mi kompletnie zwisają takie fanaberie, chociaż nie mam nic przeciwko. Znam osobiście takich, co mają taki rytuał po otwarciu paczki od listonosza czy kuriera (wierz mi, praktycznie nikt z nich nie kupuje w sieciowych stacjonarnych sklepach).

Źródło: rocktownhall.com
Źródło: rocktownhall.com

Tyle, nie znalazłem nic bardziej sensownego.

Zbieram płyty od dawna. Początki poważnego kolekcjonowania kompaktów datuję na 2003 albo 2004 rok, kiedy to kupiłem Sam na Sam – drugi album warszawskiej formacji Fenomen. Kupiłem go pod impulsem bardzo dobrego singla, o tytule takim samym jak nazwa albumu (pamiętacie aferę z beatem Volta?). Stawiam, że to był rok, w którym odbywały się mistrzostwa w Portugalii. Tak mi się wydaje, bo to było już ciepło, a z tego co pamiętam, album miał swoją premierę na jesieni 2003. No chyba, że była to bardzo ciepła jesień, no nieważne. Zamawiałem ją przez internet w szkole na lekcji informatyki. Nówka, z jakiegoś sklepu na Allegro. Zapłaciłem wtedy za nią coś ok. 30 zł. Po tych 10 latach od kupna tej konkretnej pozycji mógłbym ją teraz spokojnie sprzedać za niemałe pieniądze. Mówię tu o trzycyfrowej kwocie, bo z tego co kojarzę, wydawca, czyli Blend, nie wznowił tego klasycznego dla niektórych materiału. To jest polski przykład, akurat zapomnianej płyty, bez pomnikowego statutu. Przebicie, które może robić wrażenia. A u mnie leży i się kurzy. Stawiam, że od 2005 nie włączyłem ani razu. Przykłady, czy to z Polski, czy z zagranicy, można mnożyć. Jeśli chcesz ją mieć – płać. Albo czekaj na zbawcę i jego dobrą wolę.

Jak widać kupno używanej płyty czasami wiąże się z dużymi kosztami. Za ważne dla mnie albumy, których jestem co najmniej drugim właścicielem, też płaciłem trzycyfrowe kwoty, a są i tacy, dla których kwoty powyżej 1000 zł nie są problemem, żeby zdobyć konkretny unikat. Dla przykładu kupiłem za dużą kwotę From Where???, a kilka miesięcy później pojawiła się reedycja. Nie płakałem, bo to istotny dla mnie album. Reedycję mogłem mieć za 30% ceny, ale nie wiedziałem, że takowa jest szykowana. Chill Out od KLF też mnie trochę kosztował, ale nie widzę na horyzoncie kolejnej reedycji (bo ja sam taką w domu posiadam, amerykańskie wydanie Wax Trax! Records, ale w tym roku kończy ona równe… 20 lat). To są przykłady wymuszone, ale przy wolnej ręce i możliwości wyboru warto przeanalizować kupno albumu z drugiej ręki.

W 2012 roku za całą dyskografię moich ulubieńców, czyli Blur, ściąganą od różnych sprzedawców z Wielkiej Brytanii i USA (od Jankesów sprowadziłem tylko Modern Life is Rubbish) w przeliczeniu na złotówki zapłaciłem ok. 70 zł. Za wszystkie albumy studyjne, pierwsze oryginalne wydania na srebrnych krążkach, w tym edycję specjalną 13 w białym kartonowym boxie. Gdybym chciał je mieć koniecznie nowe musiałbym wtedy potrącić ze swojego domowego budżetu co najmniej 300-350 zł (i to w optymistycznej wersji). I byłyby to tylko i wyłącznie wznowienia i reedycje. Nie mam bzika na punkcie pierwszych tłoczeń, niezależnie od nośnika. Wolę mieć pierwszy press, aczkolwiek premierowe czarne płyty są po latach nader często horrendalnie drogie i w miejsce pojedynczego albumu mogę mieć dwa czy trzy nowe wydania bądź inne płyty. Chociaż…

Kiedyś kupiłem za niewielkie pieniądze ocenzurowaną kompaktową wersję The Equinox Organized Konfusion. To mój ulubiony album Moncha i Prince Po. Denerwowało mnie to, że tracklista jest pozbawiona kilku utworów i nie ma wszystkich wulgaryzmów (sic!). Postanowiłem ją sprzedać. Zrobiłem to z niezłą przebitką. Zacząłem szukać nowej, pełnowartościowej wersji. O dziwo, natrafiłem na zupełnie nowe winylowe wydanie w fabrycznej folii za takie same pieniądze, które uzyskałem ze sprzedaży tej samej płyty na kompakcie. Sprzedawca (z Nowego Jorku) chyba nie wiedział co sprzedaje, bo ten album widziałem wtedy tylko z drugiej ręki za większe pieniądze. Jak widzisz, to też kwestia czystego farta.

Dzisiaj przyszły. Ok. 20 zł za półklasyczne britpopy.
Dzisiaj przyszły. Ok. 20 zł za półklasyczne britpopy.

To jest kilka przykładów na specyfikę nabywania używanych płyt. Decyzję zostawiam wam. Kiedyś miałem tak, że akceptowałem tylko nowe nagrania. Po kilku latach mi się odwidziało i doszedłem do wniosku, że warto poszukać egzemplarza w dobrym stanie, a zaoszczędzone pieniądze zainwestować w kolejny tytuł. Kupowanie nowości ma sens tylko, jeśli jesteś nadzwyczaj bogaty bądź w skali roku kupujesz niewiele płyt. Ja w 2010 i 2011 roku sprowadziłem z różnych części świata i kupiłem w Polsce ok. 400-500 płyt, z czego olbrzymia część była z drugiej ręki i sporo z nich upolowałem na jakiś wyprzedażach. Z ekonomicznego i racjonalnego punktu widzenia postąpiłem słusznie. No chyba, że wolisz posłuchać Bono. I nie chodzi mi tu o niezłe Achtung Baby, za które zapłaciłem… jakieś 10 zł.

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

6 komentarzy

  1. Ja noszę się z zamiarem sprzedania całej kolekcji od jakiegoś czasu z racji tego, ze raczej będę się wyprowadzał za granice i pewnie jakieś ciasne mieszkanko na początek więc płyty stają się balastem w tym momencie. Mimo to i tak kupiłem wuzeta wczoraj. I jak to wyjaśnić… myślę o sprzedaży, a kupuje… od tego nie można ot tak uciec

  2. Dobrze jest kupować przez internet właśnie jak szukasz używek czy białych kruków, ale nie ma to jak wejść do sklepu i po prostu „grzebać” w płytach. Jest to tak pochłaniające i fascynujące że można to robić przez dwie godziny a wydaje ci się że szukasz jakiejś płyty od 10 minut

      1. Z doświadczenia, w każdym z większych polskich miast znalazłbym co najmniej jeden naprawdę klimatyczny sklep z płytami. A to już jest jak na dzisiejsze czasy chyba całkiem spoko.

  3. Nie dziwne, że Bono chciałby zyski z odsprzedaży używanych płyt jeżeli białe kruki potrafią osiągać tak zawrotne sumy, ale jak to rozwiązać? Co do kupowania używanych to nie mam nic przeciwko, często kupuję, głównie winyle (polecam kopanie na Flomarkach w Berlinie na przykład, można znaleźć perełki za 1 ojro, bo sprzedawca nie wie co sprzedaje 🙂 ). CD zdarzyło mi się kilka razy może kupić używane.

Zostaw odpowiedź