JWP/BC „JWP Krew”

Bez eksperymentów i rewolucji. Warszawskie JWP/BC robi dokładnie to, czego od tej ekipy oczekuję i ponownie wywiązuje się ze swojego zadania.

Jakiś czas temu obiecałem sobie, że nie będę pisał o złych rzeczach, bo szkoda poświęcać mi na nie swój cenny czas. Wolę skrobnąć coś pozytywnego, kogoś docenić lub podpromować, aby pomóc w dotarciu do większego grona. Jednocześnie sorry, bo tego czasu nie mam aż tyle, żeby pisać o wszystkim, co mi się podoba.

Tym razem zrobię jednak mały wyjątek. Naprawdę szukałem pozytywów w tym całym SKAM-ie projektu SKOK i coś tam niby wyszperałem. Tylko jakie ma to znaczenie? Ano żadne. Niektórzy mogą pamiętać albo znać taką płytę Kultu jak Wstyd, w której to sam tytuł wystawiał najlepszą recenzję i nie inaczej jest w projekcie Sokoła, Kukona, Amena i Magiery. Scam jak nic. To zarazem przykład tego, jak nadmierne kombinowanie może skutecznie odebrać ochotę na obcowanie z muzyką. Nawet rzucane „wybacz, kurwa” w „Za długo” nie sprawi, że zmienię optykę. Nieee, dzięki, za daleko to poszło.

A dlaczego w ogóle o tym wspominam? Ano dlatego, że ciągle istnieją składy, które kurczowo trzymają się własnej stylistyki i kolektywnie mają gdzieś wszelkie skoki w bok. JWP Krew stołecznego JWP/BC jest rasowym przykładem tego, jak doskonale sprawdza się robienie dokładnie tego, w czym czuje się najlepiej. Naprawdę nie trzeba odkrywać Ameryki na nowo, wystarczy postawić na zajebisty rap („Znam się na rapie, robię go dla koneserów”) na równie zajebistych beatach. I to jest w tym wszystkim najważniejsze. Wychodzenie poza strefę komfortu? Proszę bardzo, odsyłam do solowego Łajzola, projektu Jetlagz czy nawet To wszystko zdarzyło się naprawdę oprócz tego, co zmyśliłem Kosiego i Szczura. JWP/BC to czysty (neo) boom-bap, przechwałki, walenie w łaków, pozytywnie przerośnięte ego, trochę mądrości i rzadziej częstochowszczyzny w rymach, ale też mnóstwo stylowych linijek i refrenów podanych na absolutnie kozackich podkładach m.in. Szweda SWD, DJ-a Falcon1-a, Szczura i Siwersa.

Po raz kolejny podoba mi się to, jak ten ostatni z płyty na płytę staje się coraz lepszym raperem (przy okazji polecam wrócić do jego ostatniego solo Powrót z drogi donikąd). Jako beatmaker chyba już dawno osiągnął najwyższy poziom i szkoda, że tak rzadko o nim się mówi w tym kontekście. Nieco inaczej jest z „jadącym z ziomkami i kurwami” Łajzolem, który pozostaje wybitnie nieprzewidywalny w swojej przewidywalności. Z jednej strony potrafi rzucić porównaniem jak wujek przy weselnym stole, żeby chwilę później rozłożyć mnie na łopatki kozackim refrenem. Ero klasycznie, od debiutu z rapowym doktoratem (plus naprawdę fajnie poskładane „Kiedyś wstałem prawą nogą i poszedłem w dobrą stronę / Więc studio, nie osiedle, jest dawno mym drugim domem”), i Kosi przed wycieczką na Galapagos, pozostają gwarantami stabilizacji w czasach niepewności rapowej gospodarki.

Także tak: JWP Krew to zero zaskoczeń, repeat value przepotężny, tona przyjemności dla tych, którzy siedzą w rapie nie dekadę czy dwie, ale jeszcze dłużej. Ci z krótszym stażem też powinni znaleźć tu coś dla siebie. A wracając do początku i uskuteczniania kontrastu – po prostu lubię czasami czuć się bezpiecznie w hip-hopie i tak mam właściwie z każdą produkcją spod szyldu JWP/BC. „Rap o rapie, bo rap to przecież życie”. Takie proste, a jakże piękne.

Ocena: 4 na 5.

Autor: Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *