
Miejska alienacja to jednak coś pięknego. A jeszcze najlepiej siedzieć gdzieś głęboko w podziemiu, żeby nikt o tobie się nie dowiedział. Co za ludzie…

Miejska alienacja to jednak coś pięknego. A jeszcze najlepiej siedzieć gdzieś głęboko w podziemiu, żeby nikt o tobie się nie dowiedział. Co za ludzie…

Niektórych artystów da się opisać tylko jednym słowem. Nie mam tu na myśli żadnych epitetów, zwłaszcza tych bardziej wulgarnych, bo to one najczęściej występują, ale skupmy się na rzeczownikach (jeśli mam być hipsterem, jak to obwieścił Glamrap, to niech będzie „noun”). W przypadku Blackalicious będzie to chemia.
Pisałem już o tym na fanpage’u, ale nie ma dla mnie drugiej ekipy w Kalifornii, która tworzyła i tworzy hip-hop, który wykracza poza wszelkie ramy w takim stylu i na takim poziomie. Oczywiście, jeśli mam być uczciwym w stosunku do was i siebie, to doskonale zdaję sobie sprawę, że są artyści o wiele ważniejsi na muzycznej mapie tamtego regionu (pierwsze przykłady z głowy to całe N.W.A., Digital Underground czy Cypress Hill, których pozycja jest zupełnie niepodważalna), ale nie zapominajmy, że waga nie jest równa jakości (której też nie odmawiam wspomnianym wcześniej artystom, chociaż… nie zawsze). Jeśli chodzi o nią to Blackalicious nigdy nie zawiedli.
Czytaj dalej „Blackalicious „Nia””Bardzo istotnym, a wręcz kluczowym, w kontekście tego tekstu są trzy imiona. Krzysztof, Oliwia i Marysia. Czytaj dalej „Borixon „New Bad Life””

Najmniej oczekiwane rzeczy często są pozytywnym zaskoczeniem. A w urzędach były koniaki.
Dzień jak każdy inny. Nie różniący się kompletnie niczym od każdego innego, odkąd mam urlop. Wstałem dosyć późno, bo mogę w końcu legalnie sobie długo pospać i jeszcze bardziej legalnie się podpierdalać. Zaparzyłem sobie dobrą, aczkolwiek nie znakomitą, kawę i oczywiście włączyłem komputer. Maile, Feedly, Facebook i jakaś wiadomość. Była w niej rzecz, która okazała się kompletnym zaskoczeniem.
Czytaj dalej „Taco Hemingway „Trójkąt Warszawski””
Wspomnień czar. Może o kilka dni za późno na opis, bo niedawno obchodziliśmy 11 rocznicę wydania tego dzieła, ale jak wiadomo – lepiej późno niż wcale.
Moment, w którym na rynku ukazywał się kolejny album legendy, był momentem dla mnie magicznym. Oczywiście nie sama premiera Black Album, bo wtedy raczej mało mnie interesowała (tak, naprawdę tak było), ale okres, kiedy pojawił się na rynku. Mniej więcej w tym czasie, zaczynałem swój najlepszy rozdział w życiu, który trwał jeszcze kilka ładnych lat. Masa wspomnień, fantastycznych ludzi i… dobrych płyt. Jedną z nich jest własnie „pożegnalny” album Hovy.
Czytaj dalej „Jay-Z „Black Album””
Podział ról nie jest do końca znany, a i ciężko strzelać w tym przypadku. Mistrz i uczeń czy uczeń i mistrz? Całkiem możliwa też jest inna opcja – dwie mocno utalentowane postaci, które podążały swoimi ścieżkami, aż w końcu one się przetarły i narodził się projekt HV/Noon. O co więc chodzi?

Strasznie się tego obawiałem. Jeżeli mam być szczery, to nawet nie chciałem wyjmować tego z folii. Naprawdę jest tak źle?

Przeglądając, katalogując i oznaczając swoje płyty etykietą „to sell” trochę niesprawiedliwie przypiąłem tę łatkę Triangulation Station. Dla pewności jeszcze posłuchałem i bezpardonowo wróciła w trybie natychmiastowym na półkę.
W Hiero Imperium nie ukazywały się raczej nigdy słabe materiały (wyjątek: Tajaj…), a i przeciętnych było przecież niewiele. Stały, dobry poziom trzymali niemalże wszyscy i ciężko wybrać tego, który swoimi solowymi dokonaniami zdecydowanie wykraczałby przed szereg. No dobra, ja wiem, że większość zaraz powie, że to Del kasował wszystkich i nie tylko w kręgach własnego kolektywu, ale również sporej części zachodniej sceny, ale… Warto zwrócić uwagę na dokonania tych, którzy stali i nadal stoją w drugim szeregu.
Czytaj dalej „Opio „Triangulation Station””
Trafionym pomysłem było odświeżanie dyskografii Emade przed sesjami z Mamutem.