50 Cent „Get Rich or Die Tryin'” (+ skany „Klan”)

Get Rich or Die Tryin’ ma już 23 lata, więc postanowiłem sobie przypomnieć to wiekopomne dzieło. I co? Wciąż słucha się go z przyjemnością.

Ale to jest zajebiste. O tej płycie 50 Centa napisano już w zasadzie wszystko, ale warto też zaznaczyć, że początek nowego milenium był też momentem, w którym mainstream stał się jeszcze bardziej kolorowy, był u szczytu gangsterskiej przewózki, no i zaczął brzmieć jak milion dolarów. I w tym kontekście jest to bardzo ważne, bo brzmienie tego albumu cały czas zachwyca: selektywne, tłuste, momentami agresywne, a przy tym piekielnie chwytliwe. Nic się tu nie zestarzało, bo to nie był chwilowy trend wykreowany przez Dr. Dre i spółkę (m.in. Eminema, Rockwildera i Mr. Portera) – to była definicja tamtej epoki i teledysków w TV. Obok The Black Album Jaya-Z, Diplomatic Immunity Dipsetów i Beg for Mercy fifciakowego G-Unit, Get Rich or Die Tryin’ najlepiej oddaje główny nurt z raperami w roli głównej w 2003 roku: bezczelny, pewny siebie i kompletnie nieprzepraszający za sukces. I do bólu przebojowy.

Najmocniejsze momenty? Ciężko wybrać, ale dla mnie zdecydowanie „Many Men (Wish Death)”, uliczny testament, numer zbudowany na doświadczeniach z ulicy, rzecz absolutnie nieśmiertelna. „In Da Club” słyszałem wszędzie, od domówek po miejsca, o których pisać mi tu nie wypada. Popkulturowy potwór, który teoretycznie powinien się znudzić po setce odsłuchów, a jednak dalej działa jak łyk negroni. „P.I.M.P.” ma ten nieznośnie lekki groove, który sprawia, że nawet po latach bujam głową wbrew sobie, z kolei „High All the Time” to brudny, monotonny hymn, który idealnie wpisuje się w klimat całości, czyli bez kombinowania i zbędnych ozdobników. To są numery, które nie tylko niosą album, ale wręcz zbudowały legendę 50 Centa.

Jasne, końcówka nie trzyma już tego samego napięcia. „U Not Like Me” i „Lifes on the Line” to kawałki, które spokojnie mogłyby wylecieć bez większego żalu, niby nie psują całości, ale też niczego nie dają. Tyle że tutaj to naprawdę marginalna uwaga. Bilans jest jednoznaczny: Get Rich or Die Tryin’ to album kompletny, dla wielu ikoniczny i wciąż piekielnie świeży. Dokument czasu, który nie brzmi jak muzeum, tylko jak benchmark mainstreamu sprzed dwóch dekad. I dalej działa, bez filtrów i nostalgicznego pudru. U nas lata temu też docenili, może nie aż tak bardzo, więc zachęcam do lektury recenzji z 30. numeru „Klanu”. Całość zeskanowana na końcu, najciekawszy fragment poniżej (pisownia oryginalna).

Co więc przynosi nam najgorętszy płyta 2003 roku? Kilkadziesiąt minut strzelanin, kurew, narkotyków, kuloodpornych kamizelek – wszystko solidnie zarymowane do solidnych bitów. Smutne to świadectwo hip-hopu początku XXI wieku, że takie właśnie albumy za wyjątkowe i klasyczne.

No cóż… Ode mnie za to prawie maks.

Ocena: 4.5 na 5.
50 Cent „Get Rich or Die Tryin'”, recenzja z 30. numeru „Klanu”

Autor: Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Jeden komentarz do “50 Cent „Get Rich or Die Tryin'” (+ skany „Klan”)”

  1. Tak było, u wszystkich „truskuli” ten album to był szczyt komercji, nie wypadało się nim jarać bo to obciach 🙂 To nie był „prawdziwy” hip-hop.

    Dobry? Tak, bardzo dobry. I technicznie, i muzycznie i dobrze zarymowany. Przebojowy? Owszem. Komercyjny? Oczywiście. Ale czy Dr. Dre nie był komercyjny? Snoop Dogg? Eminem? Swollen Members też się sprzedali, CunninLynguists na „Piece of strange” odrzucili cały swój dorobek a LoopTroop to już w ogóle. Co to w ogóle znaczy „komercyjny”? Bardzo utarty slogan, którym niektórzy lubią szastać na lewo i prawo. Większość wydawanej muzyki jest komercyjna bo twórcy robią to dla pieniędzy. To dorabianie do tego filozofii (żeby nie napisać wprost „dorabianie piździe uszu”) bywa śmieszne: jakie były intencje, czy robione pod publiczkę itp. Dobry hip-hop jest dobry i broni się sam, nawet jeżeli wykreuje przeboje. No chyba nikt nie tworzy utworu z nadzieją, że nikt go nie usłyszy i szybko popadnie w zapomnienie 🙂 Nawet najwięksi piewcy prawdziwości podziemia.

    P.S. Mój ulubiony utwór to od początku był „Many men”. Bit, klimat…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *