Renata Lewandowska „Dotyk”

Kolejny materiał do samplowania. Producencie, na co czekasz?

Mam trochę problem z tym Błotem. Ledwo co zdążyłem się osłuchać z Erozjami, pierwszym albumem większości EABS, a tu nadszedł Kwiatostan. Na dłużej zostają ze mną „Gleby brunatne”, reszta musi czekać na swoją kolejną szansę, ale dzisiaj nie o tym. O czymś, co daje trochę słońca przy deszczowej, jesiennej aurze.

Są takie płyty, na które czeka się latami. Ja na Dotyk nie czekałem. On sam do mnie przyszedł. Przyznam szczerze, że w ogóle nie kojarzyłem Renaty Lewandowskiej, a nawet jeśli kiedyś mi coś mignęło, to kompletnie wyleciało to z mojej głowy. Ale zakładam, że tak się stać nie mogło, bo artystka „odnaleziona” przez niejakiego Krystiana Zielińskiego (absolutnie fantastyczna historia tutaj, lektura obowiązkowa) i teraz wydana przez Agencję Muzyczną Polskiego Radia, Astigmatic Records i The Very Polish Cut Outs, zasługuje na coś więcej niż wprowadzenie do bazy Discogsa. Muszę sparafrazować jeden z wyśpiewanych przez Alibabki fragmentów „Kochaj tę dziewczynę” – „Tyle dziewcząt jest na świecie bardziej znanych, a przecież musisz zakochać się w Renacie Lewandowskiej”.

Polska muzyka estradowa lat 70. to wszystko co najlepsze. Wnoszące koloryt do szarości tamtych lat i oczywiście kopalnia wielkich talentów, z których znaczna część do tej pory nie została odnaleziona i należycie zaprezentowana szerszemu gronu odbiorców. Dokładnie tak jest z Dotykiem, nagrywanym na przestrzeni kilku lat, zbiorem cudownych piosenek czerpiących garściami z dokonań ówczesnej amerykańskiej soulowo-funkowej sceny. Jest tu Curtis Mayfield, Isaac Hayes czy Willie Hutch. Jest też dowód na to (kolejny!), że te klimaty da się zgrabnie przenieść na nasz grunt (plumkające „Lato tego roku” czy „Olbrzymi twój cień” ze skrytymi w tle gitarowymi solówkami i „consciousową” melorecytacją Andrzeja Łapickiego) i wcale nie trzeba bezczelnie kopiować i udawać, że nic się nie stało (halko, geniusz „Deszczu w Cisnej”).

Juliusz Loranc (m.in. Tajfuny), Waldemar Parzyński (m.in. Novi Singers), Jerzy Suchocki (m.in. Dwa Plus Jeden) i Wojciech Tarczyński nadający lekkiego feelingu „Oknu” – pewniaki, więc muzycznie nie mam się do czego przyczepić. To jest dokładnie to, czego szukam w polskiej muzyce tamtych czasów – rozbudowane aranżacje, orkiestra, bogate i świetne kompozycje, chwytliwe melodie i kobiecie chórki, za które odpowiadają, a jakże, Alibabki. Zwracam też uwagę na słowa,. Moje zainteresowanie jest trochę mniejsze, bardziej cenię tych kilka oktaw i styl Lewandowskiej, ale podoba mi się odwaga tekściarzy, m.in. Agnieszki Osieckiej i Jonasza Kofty. Wątki feministyczne („Popatrz miła na siebie bez żalu / Spojrzyj w lustro i nisko się ukłoń” w „Kropelce egoizmu”) kilka dekad temu to dość śmiałe posunięcia.

Boli, że nie zdążyłem na winyl. Marzy mi się też na kompakcie, chociaż szanse na srebrny dysk są raczej małe. Chciałbym wrzucić Dotyk do samochodu, jechać gdzieś w Sudety albo na Mazury z „Magią szos” w tle. Żonglować na zmianę ze znakomitą składanką GAD Records Wędrujmy, chyba moją ulubioną tegoroczną kompilacją. I gdzieś w takt tych dzwieków zapomnieć o całym, bożym świecie.

Rating: 4 out of 5.
Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Zostaw odpowiedź