We got the jazz. Jazz rap, część 2

miles tutu face

Wiecie ile jest podgatunków jazzu? Mnóstwo, no ale nie o wszystkich będę gawędził, bo nie mam do tego wystarczającej wiedzy. Skupię się tylko na jednym. Tym, który uważam za najlepszą fuzję dźwięków w muzyce miejskiej. Zabrzmiało zachęcająco? Jeśli tak, to poznajcie krótkie, ale treściwe, początki jazz rapu.

Miles. Miles Davis. Myśląc o jazzie to prawdopodobnie to nazwisko przyjdzie ci pierwsze na myśl. I bingo, tak powinno być, tym bardziej odnosząc się do jazz rapu. I nie, nie chodzi mi tu tylko sample Davisa, które przecież były wykorzystywane tyle razy w hip-hopowych kawałkach, m.in. przez Nice & Smootha, Black Moon, Biggiego Smallsa, OutKast czy naszego Emade. Jest on także jednym z pionierów fuzji swojego „głównego” gatunku z hip-hopem. Zaskakujące? Na pewno.

Był rok 1991. Najsłynniejszy jazzman w historii zaczął tworzyć projekt z mało znanym jeszcze Easy Moo Bee. Tak, tym, który maczał swoje palce w największych klasykach rapu w dziejach. Począwszy od  It’s a Big Daddy Thing, przez Ready to Die, a skończywszy na Me Against the World.

Była zima, początek roku. Doo-Bop, bo tak ten projekt się nazywał, powoli ze swoich szkiców nabierał ostatecznych kształtów. Pracę nad albumem przerwał jednak stan zdrowia legendy i jego śmierć, która nastąpiła kilka miesięcy później. Młody producent, po rozmowach z Russellem Simmonsem, jednym z założycieli nowojorskiego Def Jamu, stwierdził, że Doo-Bop dokończy sam. Po kilku miesiącach prac, w połowie 1992 roku, płyta pojawiła się na sklepowych półkach. Spotkała się ona ze średnim przyjęciem, zarówno krytyków jak i słuchaczy, ale mimo to udało się jej wygrać nagrodę Grammy za najlepsze instrumentalne wykonanie R&B rok później. I gwoli ścisłości był to ostatni album mistrza. Dla mnie wielki. Taki, dzięki któremu zacząłem zgłębiać jazz i w pewnym momencie stał się soundtrackiem nocnych wojaży i eskapad oraz towarzyszem do rzeczy, których jako nieletni nie powinienem robić.

Celowo zacząłem od 1991 roku, ponieważ to właśnie ostatnie dzieło Milesa Davisa jest powszechnie uważane za pierwszy „poważny” stricte jazz rapowy projekt. Czy słuszne? W moim mniemaniu tak, ponieważ skala tego projektu jak najbardziej go do tego obliguje. Można tu jeszcze wspomnieć o 1985 roku i bandzie Mike’a Carra – Cargo – który wypuścił singiel pt. „Jazz Rap”, ale jego siła i „waga” nie była tak mocna i oczywista jak ta od Doo-Bop. Oczywiście są też tacy, którzy uważają, że gatunek narodził się jeszcze w latach 70. Jest to pewne grono ludzi, które twierdzi, że tam trzeba szukać początków, co zaskakuje, ponieważ rap „jako taki” jeszcze nie istniał, a przynajmniej nie w takiej formie, jaką znamy teraz. Co ciekawsze, są i tacy, którzy idą jeszcze dalej, cofając się o… kilkadziesiąt lat. Czy słusznie? Raczej nie, bo protoplaści i ich eksperymenty z pojedynczymi dźwiękami nie powinny nas tu interesować.

To są absolutne początki i podstawy, które na dobrą sprawę każą się przyjrzeć tylko jednemu projektowi. Być może najważniejszemu, jaki powstał, ale też takiemu, który sprawił, że w następnej części, w której będę omawiał lata 80. i 90., pojawi się sporo odniesień do klasyków czarnego improwizowanego grania. A legend pokroju Davisa, jest przecież wiele. I wiele z nich brało w pewien sposób udział w tworzeniu epokowych dzieł jazz rapu. Czy to osobiście, czy tylko „na samplach”. No ale o tym w następnej części.

Zdjęcie/photo: Untitled by Môsieur J. via flickr.com CC

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, pijarowiec, prowokator.