W końcu, wreszcie…

Brazuca rio panoramic

Znam takich, co na te wydarzenie nie czekają w ogóle, mimo że są prawdziwymi mężczyznami. A przyjęło się przecież, że każdy prawdziwy facet na to czeka. Kimkolwiek on jest.

Sprawa nie jest skomplikowana: w czwartek zaczyna się mundial. Mój piąty, który będę śledził z wypiekami na twarzy oraz wielkim zapałem.

O randze tego wydarzenia nie ma co wspominać – wie to praktycznie każdy. Od ludzi, którzy nie interesują się futbolem aż po totalnych maniaków, takich jak ja. Przez miesiąc czas mija jakby inaczej niż zazwyczaj. I to jest piękne. Warto to przeżyć, raz na te cztery lata.

1996: bawię się klockami Lego, a dziadkowie (dobra, dziadek i babcia) oglądają finał angielskiego Euro. Ja pamiętam te wieżyczki na Wembley i fryzurę Poborskiego. Witaj, wielka piłko.

Mundial. Jakże magiczne jest to słowo. U mnie zaczęło się to w 1998 roku. Wielkie napięcie, dodatkowo podsycane w szkole przez niektórych nauczycieli. Miałem nawet taką panią od angielskiego, która była ogarnięta tym szałem – w klasowych kalamburach hasłem były „mistrzostwa świata”. Fajna babka to była i zabrała nas do kina na Człowieka w Żelaznej Masce.

Doskonale pamiętam ten pierwszy mecz Szkotów z Brazylijczykami. Canarinhos wygrali 2:1, a ja wtedy spotkanie oglądałem u siebie w domu, razem z ojcem. A przed samym meczem musiałem być obecny w… kościele, ponieważ miałem wtedy biały tydzień. Był to też czas, kiedy całe moje osiedle chodziło w koszulkach Juventusu Turyn z magicznym wtedy napisem na plecach: „Del Piero”. Nie znam nikogo z klasowych rówieśników, kto by nie miał tego pięknego trykotu (szałem były także stroje Ajaxu, Newcastle, Dortmundu i Interu. Nikt z nas nie traktował poważnie jakiś Realów czy Barcelony. Takie czasy to były…). Wspominam doskonale ten okres, kiedy jedynym problemem do zmartwień było to, czy nie dostanie się trójki z klasówki lub jakaś niezapowiedziana kartkówka. No i te moje 63 obejrzane mecze z rodzynkiem w postaci pojedynku Bułgarii z Paragwajem – jedynego, które na Coupe du Monde nie widziałem na żywo. Do tej pory go nie obejrzałem. Jeszcze eurodance wtedy królował.

2000: w międzyczasie bardzo fajne Mistrzostwa Europy w Belgii i Holandii. „Jaka jest twoja ulubiona drużyna na Euro?” – zagadałem do jakiegoś rówieśnika, z którym grałem w piłkę na boisku. „Fifa 2000” – usłyszałem…

Ach, ta Korea. Kolejny turniej i kolejne bardzo dobre wspomnienia. Dla nas, Polaków, może nie najlepsze, ale w wymiarze prywatnym jak najbardziej pozytywne. Niezapomniany Senegal (i te ich cudowne stroje Le Coq Sportiff), przegrana ekipa Engela, wałki sędziowskie, symulka Rivaldo i zabójczy Miroslav Klose. To będę pamiętał już zawsze. Turniej sam w sobie nie był nadzwyczaj porywający, ale percepcja dziecka każe mi go odbierać trochę inaczej. Wiecie co pamiętam jeszcze? Tą piosenkę z czołówki studia na Polsacie, która chodzi mi po głowie od 12 lat i nie potrafię jej odnaleźć. Nucić ją potrafię, chyba nawet dobrze, ale nikt jej nie zna.

A ilu tam fajnych piłkarzy się przewinęło! Paulo Wanchope, Ilhan Mansiz, Salif Diao, Pauleta czy Cuauhtémoc Blanco. To nie są wirtuozi z pierwszym stron gazet, ale goście, o których pamiętać wypada. No i cała Argentyna, którą darzę olbrzymią sympatią (a może nawet miłością?) od 1998 roku. Aha, prawie płakałem z powodu braku Holendrów – druga zagraniczna miłość.

2004: w międzyczasie bardzo fajne Mistrzostwa Europy w Portugalii. Przepiękny, cudowny turniej. Najlepszy projekt koszulek Nike w historii. Niech kółko z przodu wróci!

Niemieckie mistrzostwa były tymi, które trafiły w najlepszy dla mnie okres życia. Jakie by nie były – zawsze będę je wspominał najlepiej ze wszystkich, razem z tymi francuskimi. Czas beztroski, szkoły średniej, najlepszych znajomości, wdrażania się w dorosłe życie, próbowania wielu rzeczy. Coś wspaniałego. A sam mundial?

Polacy znowu zawiedli, mimo wielkich ambicji. Kibicowałem Trynidadowi, Wybrzeżu Kości Słoniowej oraz oczywiście Argentynie (ale gol Cambiasso przeciwko Serbom!) i Holendrom (krwawy, ale piękny mecz z Portugalią). Pomyłka Grahama Polla z kartkami, fantastyczni kibice, Włosi grający momentami jak nie Włosi i sprytni Niemcy. Tak, to były fantastyczne mistrzostwa, mimo fartownego doczłapania się Francuzów do finału. I ta piekielnie silna, może nawet najsilniejsza w swojej historii, Brazyli. Jak się okazało tylko na papierze.

W międzyczasie fajne Mistrzostwa Europy w Austrii i Szwajcarii. Dla mnie one się odbyły i nic więcej.

Mundialowy 2010 rok pamiętam… najsłabiej. Niestety, wyszło tak dlatego, że spadło na mnie wtedy wiele obowiązków, do których jeszcze w 2006 roku nie byłem przyzwyczajony. Od czwartku będzie zapewne podobnie, ale… to przecież raz na cztery lata!

Wspominam dobrze, ale nie aż tak, jak wszystkie poprzednie. Miałem swoich ulubieńców, jak Tschabalalę czy Forlana oraz naturalnie reprezentacje, nie trudno zgadnąć które. Korea Północna i ich pogrom, komiczni Francuzi, śmieszni Włosi i nie przegrywający z nikim Nowo Zelandczycy, którzy nie awansowali dalej. O wuwuzelach nie wspominam, bo to zło.

I tylko ci dziwni Holendrzy, którzy nie grali tak jak Holendrzy. No, ale ich wynik, wynik…

W międzyczasie bardzo fajne Mistrzostwa Europy w Polsce i na Ukrainie. Jestem dumny z tego, że tak fantastyczny turniej odbył się w moim kraju.

Brazylio, mundialu – liczę na jak najwięcej. Spędzamy ze sobą cały miesiąc. Będę grzeczny.

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Zostaw odpowiedź