Sample, skrecze i azjatyccy muzycy

Hubert Tas z całą swoją twórczością w jednym miejscu.

Dobra to płyta. Przyznam jednak, że początkowo sprawiła mi straszny problem. Coś mi nie grało w tych kompozycjach, ale dałem kilka szans i z każdym kolejnym odsłuchem jest coraz lepiej. I to dużo, bo kolejne sesje odkrywają przede mną coś nowego.

Unfinished Huberta Tasa, bo o tym właśnie mowa, to zdecydowanie najciekawszy album Poznaniaka. Już pomijam te wszystkie azjatyckie wpływy (część albumu powstawała na Tajwanie), które nadają wyjątkowego klimatu, czy absolutnie genialne brzmienie, które ze sprzętu audio wyciska maksimum możliwości. To przede wszystkim tajemnicza aura, która ciągnie się przez całą produkcję i pozwala za każdym razem odkryć coś nowego.

Wiecie, to taki dobry hip-hop, w którym nie ma rapu (lol), a najczęściej mruga w stronę downtempo, trip-hopu i chilloutu. To też turntablism pełną gębą, no ale to przecież Hubert Tas, jeden z najlepszych polskich DJ-ów. Ale kluczowa zaleta jest inna – Tas świetnie dobrał sobie współpracowników. Gości jest sporo – praktycznie sami instrumentaliści (w takich projektach na Marka Pędziwiatra można liczyć zawsze) wśród których jest kilka egzotycznych nazwisk, ale na szczególną uwagę zasługuje Tomek Nowak. To dzięki niemu „Mr. Nobody” brzmi niczym zaginiony numer z ostatniej płyty Milesa Davisa. Jego kompan z zespołu – Kuba Płużek – też gra niczego sobie.

Niby jest jakiś koncept, biją z okładki jakieś slogany o „podsumowaniu przygody z muzyką”. Ale coś w tym jest. Już pomijam ideę, jaką jest sztuczny podział albumu na cztery części. Całość jest dobrym streszczeniem całej twórczości Huberta Tasa. Unfinished to kilka etapów z muzycznego życia, cała dyskografia w jednym miejscu, która przy okazji pokazuje wiele nowego. I właśnie dlatego nie można tej płyty pominąć, bo to już nie tylko sample i skrecze.

Warto, a nawet trzeba. Unfinished pada daleko od klasycznego hip-hopu, ale wygrywa lekko przekombinowaną formą. Grunt, że przyjazną.

7

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

2 komentarze

  1. Ja bym raczej powiedział, że Mr. Nobody to raczej zaginiony Mr. Scruff z domieszką Kid Koala. Album bardzo ciekawy, dziękuję za polecenie!

Zostaw odpowiedź