Ruski hip-hop, czyli stare abstrakcje pełną gębą

dj vadim dubcatcher 2

Trochę dziwnie jest z tym rapem. Ciężko stwierdzić czy występuje w nim coś takiego jak sezon ogórkowy. Jeśli tak, to teraz jest on w pełni, bo na dobrą sprawę niewiele się teraz dzieje. Czyjeś pajacowanie mnie niewiele obchodzi, bo goodkid to nie „Życie Na Gorąco”, copiątkowe single Westa też nie za bardzo, więc wolałem skupić się na tych mniej oczywistych rzeczach.

Dobra. Czekam na Swish i nie wierzę w to, że ten album nie okaże się co najmniej bardzo dobry. Dla mnie West jest marką samą w sobie, ale tych kawałków wypuszczanych cyklicznie nie chcę nawet sprawdzać. Poczekam cierpliwie na cały album, a że premiera już niedługo to… sami wiecie. Czekam jak dzieciak, więc po co mam sobie psuć apetyt, chociaż jednego kęsa złapać musiałem. Odpłynąłem.

https://soundcloud.com/kanyewest/real-friends-no-more-parties-in-la-snipped

To jest to na co czekam. Niby tylko snippet, nie wiem też czy aby na pewno znajdzie się na albumie, ale moje oczekiwanie zostało spotęgowane. Zrobiłeś to zuchu, jak zwykle zresztą, aczkolwiek nie wiem czy przekonam się do nieudanego eksperymentu, jakim okazało się 808s & Heartbreak. Pamiętam zachowania słuchaczy zaraz po premierze i wszyscy byli wtedy sfrustrowali czymś takim. Teraz, po 8 latach od premiery, odbiór jest nieco inny – ludzie bardzo pozytywnie do tego podchodzą, a ja dalej zostałem w tym bastionie, który płytę ma po prostu w dupie. Kanye nie jest jednak dzisiejszym bohaterem, o nim kiedy indziej (zapewne w okolicach premiery), ale skoro o eksperymentach mowa to…

Dubcatchera słyszeliście? DJ Vadim w 2014 roku postawił na reggae i dub tak mocno, jak nigdy wcześniej i wyszło całkiem nieźle. Nawet te słynne powiedzenie „kto słucha rege ten robi coś z kolegą” nie do końca tam pasuje. Wielką miłością do tamtej produkcji nie zapałałem, ale dała mi ona pogląd na to, jak wkrótce może wyglądać przyszłość Vadima. Samego reggae też nie polubiłem.

Zapowiada się nieźle i chyba po raz pierwszy naprawdę polubię taką kombinację gatunkową zaserwowaną przez Ruska. Czekam, bo Vad to jednak marka sama w sobie. Postać z muzyką, która jest czasami tak ciężka do zrozumienia, że być może i sam artysta ma z nią problemy. Tak jak ja.

No, ja to zawsze miałem z nim problem. Te abstrakcyjnie jazzowe obrazy przedstawiane przez niego do 2002 roku jakoś nie potrafiły mnie chwycić. Kupowałem te płyty z nadziejami (przecież też nasza Urszula Dudziak tam była), a wyszło tak że od lat leżą na półce i nie mam ochoty się za nie zabierać. Co innego nastąpiło po tym okresie, a konkretnie od momentu wydania The Soundcatcher w 2007 roku. Dalej było dużo kombinowania, ale wszystko to już było o wiele bardziej przystępne, a i swoje zrobiły przecież rarytasy tegoż wydawnictwa wydane w tym samym roku. Dwa wydawnictwa połączone w jedno dawały fantastyczną przygodę z hip-hopem, który był bardziej „europejski” jak „amerykański” i był przede wszystkim na maksa niszowy i oryginalny (chociaż jakby się uparł to znalazłby całkiem sporo podobnych rzeczy, ale to dalej nisza). BBE miało nosa, chociaż wielu narzekało że od tamtego momentu Daddy Vad to już nie to samo. Prawda, zmiana była, ale przecież kontynuacja tamtej produkcji z 2009 roku, czyli U Can’t Lurn Imaginashun, była chyba jeszcze lepsza i posiadała na swoim pokładzie takie coś.

Absolutnie genialny kawałek z kolesiami, którzy niewiele zrobili do tej pory – Juice Lee i Rjay. Nie wiem co się z nimi dzieje, nawet Discogs dużo o nich nie mówi, ale występ który tutaj zanotowali jest godny odnotowania. W ogóle całe U Can’t… było chyba najbliższe typowym hip-hopowym konwencjom, jakie kiedykolwiek poruszał artysta. Ilość znakomitych kawałków imponowała, a punktem kulminacyjnym było właśnie „That Life”. Prawdopodobnie mój ulubiony numer jaki wyszedł spod ręki Vadima, no może jeden z dwóch, bo drugi macie poniżej.

https://soundcloud.com/dj-vadim/lemon-haze

Numer oryginalnością może nie grzeszył, bo była/jest to typowa undergroundowa sieczka jakich wiele w tamtym czasie, ale na takim poziomie, jaki wielu chciałoby osiągnąć. „Lemon Haze” to już zupełnie inna bajka i jedna z wypadkowych zawartych na dwóch poprzednich krążkach, która przy okazji puszcza oczko do starych nagrań kolesia i po części swoją konstrukcją delikatnie antycypuje następne nagrania i potwierdza wielką miłość Vadima do jamajskich brzmień i dubstepu. Jak to sam kiedyś powiedział jest to „space soul” – nie mi oceniać czy nomenklatura jest poprawna, ale umówmy się że tak być powinno.

I tak sobie siedzę w te niedzielne popołudnie i zasłuchuje się w Vadimie, zastanawiając się jak będzie wyglądał Dubcatcher 2 (Wicked My Yout). Może będzie tak, że Daddy Vad ponownie się zabawi ze słuchaczami i nie postawi tylko na reggae, ale też rejony bardzo blisko eksploatowane przy tym gatunku z naciskiem na szeroko pojętą elektronikę, jaka była Don’t Be Scared albo rzeczywiście będzie to rasowa kontynuacja, którą zapowiada sam singiel. Nie wiem sam, ale wiem że będzie u nie jak zwykle trudno i z dala od nudy.

Ot, takie niedzielne luźne myśli.

PS

Lajkujcie jego profil, o tym dlaczego warto.

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Zostaw odpowiedź