Retro #18: TSOL

shad tsol

Właśnie sobie przypomniałem o jednej z najważniejszych płyt 2010 roku w niezależnym hip-hopie. Kto wie czy TSOL Shada nie było także tą najlepszą wtedy w ogóle? A rocznik był to mocarny przecież.

Oczywiście teraz tak mówię z perspektywy czasu, bo w zestawieniu, które przygotowałem wtedy z kilkoma zacnymi osobami (Andrzejem Całą, Mateuszem Natalim z Popkillera, Łukaszem Halickim z Porcysa, Sieaha z Rap Bzdur, Krzysztofem Grabowskim aka Grabiszczym, Mateuszem Kołodziejem z Axun Arts, Michałem „sZuLca” Markowiczem, który bawi się w radiu, Maciejem Chojnackim z SoulBowl oraz nie robiących już nic lub niewiele w dziennikarstwie lub blogosferze Piotrem „Oksem” Oksińskim i Kamilem „Proksem” Tarczyńskim) opisywane krótko dzisiaj TSOL zajęło dopiero 11 miejsce na 50. Wszystko se sprawdzicie tutaj, no ale przejdźmy do konkretów.

Ten cały 2010 przyniósł wiele fantastycznych płyt i moim skromnym i nikogo nie obchodzącym zdaniem był to przedostatni wielki rocznik w rapie (rzecz jasna tym ostatnim był 2011). Był i Kanye ze swoim monumentalnym dziełem, ale i „leń” Curren$y, który dostarczył dwie świetne płyty. Był i głupkowaty Wiz Khalifa z ciekawym materiałem, ale również ambitni John Regan, K-Rino i B.Dolan. Ale, ale… Swoje monumentalne i ambitne dzieło dostarczył też Kanadyjczyk kenijskiego pochodzenia – Shad. Najlepsze i najbardziej spójne w swojej karierze.

Taki sobie, kulejący przede wszystkim ze względu na fatalną produkcję, When This is Over z 2005 roku został ufundowany przez słuchaczy i był tylko prologiem do świetnego The Old Prince z 2007 roku z potężnymi „Brother (Watching)” i „I Heard You Had a Voice Like an Angel / Psalm 137” na pokładzie. Ten z kolei dobrze nastrajał przez mundialowym rokiem i premierą TSOL. I to właśnie tutaj gospodarz zebrał świetną ekipę producentów i nie dość, że jest w miarę klasycznie, to co najważniejsze nie ma nic odtwórczego. Wszystkie kompozycje są unikatowe, są bardzo rzadko (albo i w ogóle) spotykane sample i fantastyczne wykorzystanie żywego instrumentarium (sprawdźcie brzmienie „At The Same Time”). Głośne ksywki, tj. legenda kanadyjskiej sceny Classified, ale i kompletne anonimy jak Ric Notes zrobiły genialną robotę.

Produkcja produkcją, ale pierwsze skrzypce i tak gra sam Shad. Owszem, może niektórym przeszkadzać nadmierna ilość wątków religijnych zawartych w tekstach („When Abraham went to slash Isaac / In a sense he baptized him / Rabbi said, ‚don’t trust them cash prizes’ / The same things that float your boat can capsize it” w „Rose Garden”), ale jednak ich urozmaicenie i celność powoduje uśmiech na twarzy vide wejście w „A Good Name”. Mamy do czynienia z raperem świadomym swojej wartości, pewnym siebie, ale robiącym to w sposób dyskretny i inteligentny.

Najlepsze co dała Kanada hip-hopowemu światu? Nie zapominajmy o wielu ciekawych rzeczach z lat 90., zwłaszcza tych jazz rapowych, czy tych bliższych współczesności takich jak k-os, Buck 65, Moka Only. A, no i oczywiście jest jeszcze Drake, no ale to już najwyższa liga. Dokładnie ta sama, w której też mieści się Shad, z tą różnicą, że jego mało kto zna. Nawet bardzo udany następca opisywanej płyty – Flying Colours z 2013 roku – tego nie zmienił. Szkoda.

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, pijarowiec, prowokator.