Retro #12: Nia

Blackalicious Nia

Niektórych artystów da się opisać tylko jednym słowem. Nie mam tu na myśli żadnych epitetów, zwłaszcza tych bardziej wulgarnych, bo to one najczęściej występują, ale skupmy się na rzeczownikach (jeśli mam być hipsterem, jak to obwieścił Glamrap, to niech będzie „noun”). W przypadku Blackalicious będzie to chemia.

Pisałem już o tym na fanpage’u, ale nie ma dla mnie drugiej ekipy w Kalifornii, która tworzyła i tworzy hip-hop, który wykracza poza wszelkie ramy w takim stylu i na takim poziomie. Oczywiście, jeśli mam być uczciwym w stosunku do was i siebie, to doskonale zdaję sobie sprawę, że są artyści o wiele ważniejsi na muzycznej mapie tamtego regionu (pierwsze przykłady z głowy to całe N.W.A., Digital Underground czy Cypress Hill, których pozycja jest zupełnie niepodważalna), ale nie zapominajmy, że waga nie jest równa jakości (której też nie odmawiam wspomnianym wcześniej artystom, chociaż… nie zawsze). Jeśli chodzi o nią to Blackalicious nigdy nie zawiedli.

Duet jest idealnym przykładem na to, jak powinna wyglądać chemia panująca między artystami. Chemia, gdzie raper z producentem rozumieją się bez słów. Przeżywają chwile, w których nie ma nieporozumień. Występuje tylko ciężka praca ze świadomością tego, że nigdy nie będziesz na samym szczycie, bo to co i jak robisz, nie obliguje cię do okupowania najwyższych miejsc na listach Billboardu. Doskonalisz siebie z każdym dniem. Chcesz się zapisać się w historii tylko tym, że nagrałeś coś, o czym będą wspominać latami nieliczni, ale tacy, dla których jest to ważne. I historyczne.

I taki jest pełnoprawny debiut Gift of Gaba i Chief Xcela – Nia. Płyta, która pięknie się starzeje. Jest być może nawet apogeum podziemnej sceny kalifornijskiej z przełomu tysiącleci. Nie jakieś tam przereklamowane Dilated Peoples (nie rozumiem fenomenu, serio), monotematyczni (ale świetni) People Under the Stairs, nierówne Hiero Imperium, coraz mniej charyzmatyczni The Pharcyde, ale właśnie duet z Sacramento.

Podkłady od Xcela (z małą pomocą Lyrics Borna i DJ’a Shadowa) są wypadkową między nowojorską szkołą klasycznej produkcji a undergroundowym klimatycznym brzmieniem rodem z Los Angeles. Bardzo uniwersalne, nadające się na każdą okoliczność. Od bardziej skocznych, idealnych na spokojny meeting „The Fabolous Ones” aż po refleksyjne i spokojne „Sleep” (mój ulubiony kawałek w zestawie). Smaczku dodaje fakt, że świetnie odnajduje się na nich Gift of Gab, prawdziwy diament na rapowej scenie i jedna z największych zagadek w historii ludzkości w za szerokich spodniach – dlaczego ten typ jest pomijany we wszelkiej maści rankingach na najlepszych MC’s? Ja nawet bez takich spodni tego nie mogę zrozumieć, ale fakty są takie, że koleś jest jednym z mistrzów w swojej dziedzinie. Mądry, charyzmatyczny i ze skillami wybijającymi się grubo ponad przeciętność.

Dlaczego wolę debiut od drugiego albumu, powszechnie uważanego za ich największe osiągnięcie, Blazing Arrow? Bo pierwsza styczność z Nia to była taka romantyczna kolacja z cudowną dziewczyną, za którą dałbym sobie rękę uciąć. Zaufałem jej (nie tak jak tutaj, cały czas mam rękę, jest dobrze), zostałem z nią i zostanę. Blazing Arrow to już długoletni związek z nią. Poznawanie się na nowo, uwielbianie się mimo wszystkich przeciwności, ale brakuje pewnej dozy szaleństwa. Zresztą, kogo to obchodzi?

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, pijarowiec, prowokator.