Radek Miszczak: „Polacy mają gen przedsiębiorczości” (wywiad, część 1)

fot. Marek Kaczkowski

Hip Hop Kemp startuje za kilka dni. Z tej okazji wypada porozmawiać z jednym z organizatorów festiwalu.

Radek Miszczak. Człowiek legenda. Aktywista, promotor, przedsiębiorca, motywator, DJ, dziennikarz. Może i trochę w cieniu, ale nikt nie może mu odmówić zasług dla całej polskiej sceny. Polski promotor festiwalu Hip Hop Kemp, autor dwóch świetnie przyjętych książek i kopalnia wiedzy o muzyce. Kilka dni przed startem imprezy pogadaliśmy o kilku ciekawych rzeczach. Materiału jest tyle, że musiałem go podzielić na dwie części.

Dzisiaj Radek opowiada o swoich początkach z hip-hopem, byciu blogerem, polskich mediach hip-hopowych, Gillesie Petersonie, książkach i technologiach big data. Zapraszam.

Zacznę od najgorszego pytania świata. Dlaczego hip-hop (śmiech)?

Jakoś naturalnie to przyszło. Z szerokiego wachlarza gatunków muzycznych, które słuchałem za małolata, ten mi najbardziej podszedł. Nie był to pierwszy gatunek, w który bardzo mocno się wtopiłem. Na początku, a jak, był eurodance, kiedy miałem 10-12 lat. Następnie zachwyciłem się britpopem – dużo słuchałem Oasis, The Verve, Blura, Suede i tego typu rzeczy.

Pierwszy kontakt z hip-hopem to lata mojej wczesnej młodości, ale takiej już bardziej świadomej, 13-14 lat, lata 1997-98. Wtedy wychodziły zajebiste strzały hip-hopowe. Był to okres wielu zmian, świeżo po śmierci 2Paca i Notoriousa B.I.G. Promowały się nowe alianse, Fugees mocno wypłynęli, Snoop Dogg przeszedł z Death Row do No Limit.

Tak, ta płyta Snoopa z 1998 roku.

Tak, tak, Da Game Is to Be Sold, Not to Be Told. Takie crossoverowe te rzeczy się zaczynały, więc była to dla mnie taka trochę ucieczka z tych brytyjskich gitarowych brzmień, które przebrzmiewały, w to, co było bardziej atrakcyjne. To był okres bycia małolatem, okres buntu i to było dla mnie zwyczajnie ciekawsze.

Mówisz o zbuntowanym okresie, ale rzeczy, w które najbardziej lubisz, buntem raczej nie są.

Przypominam jedynie, jak do tego dotarłem. Po mocniejszym zapoznaniu się z wachlarzem brzmień hip-hopu to właśnie jego wersja organiczna, wzorująca się na ciekawszym przesłaniu, była mi najbliższa. Nigdy specjalnie się nie zagłębiałem w uliczny rap, czy to polski, czy amerykański, czy francuski. Tamta idea była mi zwyczajnie bliższa, najcieplejsza i boombapowa. Owszem, słuchałem M.O.P., Mobb Deep czy Beastie Boys itp., ale to bardziej jako dodatek.

Okej, a uważasz, że w pewnym sensie jesteś człowiekiem renesansu?

Nie, absolutnie bym tak nie powiedział.

Nie? Radek Miszczak – aktywista, promotor, przedsiębiorca, motywator, DJ, dziennikarz.

Tak, ale np. te role, o których powiedziałeś…

… tak, one mogą być marginalne, jak np. rola DJ-a, bo to bardziej zajawka. Gdzieś jednak funkcjonujesz, ludzie kojarzą cię z różnych inicjatyw. Która z tych wymienionych dziedzin jest ci najbliższa? Teraz jesteś przedsiębiorcą, dziennikarstwo zeszło na boczny tor. Nie brakuje ci pisania, udzielania się?

Wiesz co… Moment, w którym jestem w życiu, najlepiej odzwierciedla główną rolę. Teraz jeżeli jestem po trzydziestce, mam rodzinę, muszę się utrzymać, to rola przedsiębiorcy wysunęła się na pierwszy plan. Miałem próbę na początku swojej ścieżki, żeby związać się poważnie z dziennikarstwem, tylko ona nie dała mi satysfakcjonujących perspektyw. Dała mi dużo, napisałem dwie książki, byłem ich redaktorem prowadzącym, pisałem do praktycznie wszystkich polskich czasopism muzycznych i absolutnie nie zanosiło się na to, żeby już wtedy dziennikarstwo było sposobem na utrzymanie się. Dodatkowo kierowało się ku gorszemu – pisma padały, programy schodziły z anteny TV. Wszystkie! „Klan”, „Ślizg”, „Dos Dedos”, „Loop”.

To mnie zmotywowało, żeby cały czas być związanym z muzyką, ale już niekoniecznie jako dziennikarz, ale jako hmm, organizator, marketer? Zacząłem rozwijać Hip Hop Kemp. To jest świetny przykład, że wciąż mogę być blisko muzyki i jestem za to bardzo wdzięczny.

Dlatego też dziennikarstwo, czy bycie aktywistą, zostawiam sobie obecnie w formie pasji i hobby. To jest świadomy wybór, bo w sytuacjach, w których miałem napisać recenzję płyty na piątek, dawanie deadlinów do rzeczy, które chciałem robić z serca – odbierało mi to zwyczajnie przyjemność obcowania z nimi. A mało co boli, jak utrata pasji.

„Po mocniejszym zapoznaniu się z wachlarzem brzmień hip-hopu to właśnie jego wersja organiczna, wzorująca się na ciekawszym przesłaniu, była mi najbliższa”

Masz świadomość tego, że byłeś jednym z pierwszych polskich blogerów hip-hopowych?

Tak, zdecydowanie. Dobry.Numer był jednym z pierwszych blogów muzycznych w ogóle. Codziennie aktualizowany itd.

O kurde, tego kompletnie nie pamiętam! To był dobrynumer.hiphop.pl?

Tak!

Jeszcze potem był podróżniczo-muzyczny blog „Kronika Portowa z ostatnią aktualizacją w 2007 roku.

Ale to już była inna inicjatywa. Dobry.numer to lata 2001-2002, potem zrobiłem małą reaktywację na Facebooku. Jak mi się kiedyś coś zbierze, to zrobię jeszcze projekcik (śmiech).

Byłeś konkurentem dwóch osób – Tytusa i jego Enigmy oraz Seby Mulińskiego z portalu z kreską.

Tam to była zażarta konkurencja! Ostro się żarliśmy, portal z kreską i bez kreski, natomiast jeśli chodzi o Tytusa – nigdy bym tak nie pomyślał. Ja jestem wychowankiem Enigmy, na niej się wychowałem, jak tylko dostałem kompa z modemem. Tam poznałem Hieroglyphics, tam zdobywałem wiedzę o muzyce, tak samo jak z jego audycji w Radiostacji- „600V Gra, Tytus Nawija”. Cieszę się, że Marcin zbudował swoją pozycję, zaczynając od podziemia, cały czas jest w branży i na tym zbudował swoje życie. 

To jest bardzo podobna sytuacja do twojej. No dobra, a na portal z kreską wchodzisz jeszcze?

Raz na pół roku z ciekawości, ale z tego co widzę to jest chyba zaorany. Jak prowadzę kampanię Kempu to tam zaglądam, ale chyba Paweł i Seba już poszli w branżę interaktywną, a to sprzedali Andergroundowi. Ta strona wygląda tak samo jak w 2002 roku.

Czy obecnie istnieją hip-hopowe media, które są warte uwagi?

Oj, teraz wchodzimy na grząski grunt…

fot. Marek Kaczkowski

Chciałem poruszyć z tobą ten temat z prostego powodu: promocja festiwalu. Jak to jest? 10 lat temu miałeś do wyboru wiele magazynów i kilka portali. Miałeś szeroki wybór i ta reklama była tobie potrzebna. Pamiętam, jak w jednym z wywiadów mówiłeś, że chodziłeś po Warszawie z wiadrem i klejem, rozrobioną mąką i naklejałeś plakaty. W ten sposób reklamowałeś imprezę. Czy to nie jest tak, że obecnie reklama nie jest potrzebna tobie, tylko mediom?

To nie jest tak, że nikomu nie jest potrzebna, system jest połączony. Marki, które wierzą, że nie jest im potrzebna, bardzo często przestają wiele znaczyć. Banalny przykład, ale zobacz chociażby, ile reklamuje się Coca-Cola. W dynamicznie zmieniających się czasach zawsze trzeba współpracować, ale faktycznie – media bardzo często się zmieniają. Co roku aktualizujemy listę partnerów, z którymi współpracujemy.

Ja, jako słuchacz hip-hopu, kategoryzuję media dwojako. Według moich gustów i gustów uczestnika Kempu. Szersza jest oferta dla kempowiczów niż dla mnie personalnie. Sam niewiele słucham polskiego rapu, tych nowych trapów itd. Jak wchodzę na czołowy portal w Polsce i interesuje mnie co dwudziesty news, to nie spędzam tam za wiele czasu. Jeżeli wchodzę na Glamrap no to mogę jedynie się pośmiać patrząc na poziom „dziennikarstwa” i publicystyki. To też o czymś świadczy, jeśli takie coś, a nie np. Noisey, jest najlepiej odbierane w zakresie popularności. Jeżeli mnie ciekawią to Newonce i Soulbowl, z tych co istnieją więcej niż jeden sezon.

Czuję, że to co miałem dokonać na tym polu, już w dużej mierze dokonałem, mam poczucie spełnienia. Teraz większą przyjemność sprawia mi słuchanie i głębokie poznawanie muzyki, a nie realizowanie potrzeby, żeby ją opisać.

Czasami jest we mnie potrzeba dzielenia się tym, co jest dobre. To była taka misja w mojej aktywności – dzielenie się tym co świetne, promowanie tego i odrzucanie gówna. Zobacz, rzadko pisałem o gównie, a o perełkach bardzo często i pomagałem kilku osobom je dostrzec. Jeśli zacząłem organizować festiwal, to taki, za który mogłem ręczyć, a artyści na nim dają dobre koncerty i wydają świetne płyty. Jako DJ grałem imprezy, wybierałem rodzynki, które chciałem zaprezentować. Teraz realizuję taki niszowy sposób pisząc na prywatnym profilu na FB czy udostępniając playlisty na Spotify. Druh Sławek we wstępie do naszej książki napisał, że potrzebna jest rola takich szperaczy jak my, bo zwykły Kowalski nie ma czasu, żeby wszystko posłuchać i zobaczyć. Tacy nawigatorzy są bardzo przydatni. Zobacz, on to pisał w 2005 roku.

On to pisał we wrześniu, a wy swoje wstępniaki w październiku.

Tak, ale zwróć uwagę na jedną kwestię, która pojawiła się od tamtego czasu. Technologia. Ona zaczyna powoli zaczyna odbierać takich nawigatorów. Korzystasz z funkcji „Odkryj w tym tygodniu” na Spotify?

Nie…

Stary, totalny wypas! Polega to na wykorzystaniu technologii Big Data: na podstawie tego co słuchasz ty, i tobie podobni, algorytm tworzy dopasowane playlisty. Mi się sprawdza w 95% na 30 kawałków. Jeden jest średni, a reszta super! Zamiast biegać po blogach odpalam „Radar” i… Wow, zajebiste numery!

Moim guru muzycznym pod kątem dobrego smaku jest Gilles Peterson. Słucham od lat każdej jego audycji po paręnaście razy i często słyszę, jak brzmienia jego audycji dublują się tymi podsuwanymi mi przez taki Spotify. 

W moim przypadku te jego nowe strzały w Brownswood nie do końca mi siedzą.

Które?

Shabaka And The Ancestors. Trochę zbyt abstrakcyjne dla mnie, ale… pierwszy album Ghostpoeta – jestem fanem!

No właśnie, on ma bardzo szerokie horyzonty. Dla mnie akurat Shabaka Hutchings to mistrz. Gilles to Funk, soul, jazz, world, hip-hop. Teraz więcej słucham takiego soulu, łamanej elektroniki itd. Kupiłem niedawno bilet na organizowane przez GP Worldwide Awards i jestem totalnie zajarany! Pojadę tam po raz pierwszy w życiu. To daje mi cały czas gigantyczną radość, przesłuchiwanie muzyki na żywo. Nie inwestuję w nowy samochód, tylko w podróż albo muzykę na żywo, a najlepiej jedno z drugim. To zdaje świadczy o tym, że wciąż mam tę pasję.

„Czasami jest we mnie potrzeba dzielenia się tym, co jest dobre”

Mógłbyś być drugim Petersonem? Mógłbyś wydawać płyty?

Nie czuję się na siłach.

Ale znasz dużo muzyki!

Tak, to prawda, ale coś ci powiem. A propos labeli dostałem radę od śp. Guru w 2003 roku po tym, jak przeprowadziłem z nim wywiad. Powiedział mi, że powinienem mieć label i wydawać nowe rzeczy, bo zajebiście to czuję. Nie wiem czy to jest kwestia modelu, która mi nie pasuje. Mam znajomych, którzy mają wytwórnię i rozmawiam z nimi o tym i wyobrażam sobie jakby to mogło wyglądać. Zazwyczaj wyobrażenia pchają ludzi do prowadzenia takich wydawnictw, restauracji itd., ale jak poznasz ludzi faktycznie związanych z taką działalnością to często wyobrażeniowy czas pryska. Rzeczywistość boleśnie weryfikuje oczekiwania. Labele w większości wypadków nie mają racji bytu: musi być jakaś linia ciuchów, trasa koncertowa itd. W polskim hip-hopie jest to widoczne: większość artystów, która się wybija zakłada swoje labele, sublabele itd. Polacy mają gen przedsiębiorczości. Są wyjątkowe sytuacje idealnej współpracy, jak O.S.T.R. i Tytus, ale w większości jak się przyjrzysz to wytwórniach najdłużej zostają sami właściciele. Przeżywam to też w swojej firmie – widzę jak pracownicy uczą się i rozkwitają, a potem odchodzą i pracują gdzieś indziej.

Znam dużo gorzkich historii, znam duże ryzyko. Byłem wydawcą książek, znam ryzyko, podobny model jak label. Długo czekasz na kasę, wszystko w komis itd. Ja zostałem poważnie wyrolowany przy dystrybucji w Empiku i już nigdy nie dostanę za to kasy. Było to dla mnie bolesne doświadczenie. Także pierdolę to!

Z Wydawnictwem Kurpisz było po drodze? (wydawca „Beaty,rymy, życie. Leksykon muzyki hip-hop” z 2005 – przyp. red.)

Było tak po drodze, że w pewnym momencie się zawinęło i słuch po nim zaginął! Dlatego drugą książkę wydałem sam, i to na niej przekręciła mnie firma, która wprowadziła cały nakład „Dusza, rytm, ciało. Leksykon muzyki R&B i soul” do dystrybucji stacjonarnej. W Kurpiszu totalnie nie czuli naszego klimatu, oni specjalizowali się w wydawaniu encyklopedii. Wydali „Britannicę”, a naszą z zerowym doświadczeniem w branży wydawniczej, poprowadziłem sam od zera. Zadbałem o okładkę, skład, licencję itd. Oni tylko opłacili drukarnię, nie zadbali zaś nawet o właściwe rozliczenie tantiem.

Byłbyś w stanie napisać trzecią książkę?

Chyba nie w takiej formie jak dotychczasowe. Może jakąś biografię? My te pierwsze książki pisaliśmy, jak w zasadzie jeszcze nie było Wikipedii. Mam poważne obawy, czy istnieje przestrzeń na tego typu format w dzisiejszym otoczeniu technologicznym.

Ja na waszej książce uczyłem się hip-hopu. Od was, z „The Source”, który tylko przeglądałem w Empiku, bo nie miałem wtedy kasy, ze „Ślizgu”. Dopiero potem przyszedł internet. A gdyby zrobić zajawkę dla kolekcjonerów i książkę zaktualizować?

Ludzie mnie o to pytają, ale to jest katorżnicza praca. Wtedy mogłem sobie na to pozwolić, bo studiowałem, miałem pracę w MTV i przede wszystkim miałem czas. Każde wolne pół godziny na pełnej zajawie to robiłem, ale to naprawdę jest pełna robota. Pisanie to tylko 30%, reszta to obróbka. Jako redaktor prowadzący uważam, że miałem więcej pracy niż przy pisaniu.

Byłeś tą postacią, która się skupiła na starszych rzeczach, natomiast Andrzej Cała przejął resztę. Tymon głównie Polskę, Tymek Kaliciński prawie całą Francję, Druh Sławek też coś wziął.

Ja na pewno byłem konformistą w tym zakresie. Jeżeli mieliśmy wątpliwość, kto co chciał, to ja Calakowi to oddawałem. On pisał do wielu redakcji i różnie było z czasem, więc stwierdziłem, że jak już ma pisać, niech się nie spina. Zamiast Mystikala, niech zrobi Pete Rocka, którego też chciałem. Mamy bowiem bardzo podobny gust.

Jak robiliście research? Bazowaliście na „The Source” i „XXL”? Internecie?

Tak, przy pierwszej to większość źródeł była drukowana – encyklopedie „All Music” itd. Mam jeszcze całą biblioteczkę tego. Przy drugiej tego internetu było już znacznie więcej. Często też rozmawialiśmy z samymi artystami.

Prawdą jest, że „Beaty, rymy, życie” to była pierwsza tego typu pozycja w Europie Środkowej i Wschodniej?

Kompleksowo podejmująca temat – tak. Robiłem research, kupowałem wszystko.

Który leksykon był ważniejszy? Debiut czy ten, który pozwolił ci wypłynąć?

Zdecydowanie ten pierwszy. Ten drugi traktuję trochę jako moje pożegnanie z pisaniem. Dużo problemów mnie z tym spotkało i do tej pory odbija się czkawką. Niedługo mam się stawić na komisariacie. Wierzytelność na 70 tys. zł sprzedałem za 600 zł i muszę teraz jeszcze bujać się po komisariatach jako świadek i pokrzywdzony.

Myślę więc, że ważniejsza jest pierwsza książka, jej odbiór był o wiele mocniejszy. Wydana była skromniej, ale jednak to był przełom, który wywołał kontrowersje. Miałem 21 lat w momencie premiery, hip-hop miał wówczas szczyt popularności, więc to była głośna publikacja.

Druga książka to efekt nowości i być może zdecydowałem się też to wydać, żeby nie tylko ją pisać, tylko nauczyć się czegoś nowego. Zarządzałem świetnym zespołem, w którym byli też m.in. Hirek Wrona i Agnieszka Mańczak, wszyscy zrobili to tylko dla zajawki, w pełni za darmo. Pod kątem życiowym „Beaty, rymy, życie” były ważniejsze, a „Dusza, rytm, ciało” nawet nie miał jak wzbudzić większych kontrowersji – ani nie odnosił się do kultury jako takiej, jak hip-hop z jego beefami itd., dodatkowo nie było tam nic o Polakach. Jaki polski soul w odniesieniu do całego bogactwa gatunku? Sistars, Sofa i tyle.

Byli tacy, którzy zarzucali wam, że zabrakło X czy Y. Jedna osoba ciągle narzekała na te leksykony.

Ona narzekała na wszystkie książki, które nie są jej autorstwa. Wszystkie co do jednej! Jak opisać osobę, która zakłada a sobie 10 kont na forum i prowadzi ze sobą krytyczną dyskusję nt. książek autorstwa innych osób? Przestaliśmy się tym przejmować, mimo że to psuje krew.

Cześć druga tutaj.

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

1 komentarz

Zostaw odpowiedź