Radek Miszczak: „Ciśniemy Czechów o różne kwestie” (wywiad, część 2)

fot. Marek Kaczkowski

W drugiej części rozmowy skupiamy się już na samym festiwalu Hip Hop Kemp.

Przedwczoraj, 16 sierpnia, pojawiła się pierwsza część obszernego wywiadu z Radkiem Miszczakiem – aktywistą, promotorem, przedsiębiorcą, motywatorem, dziennikarzem i DJ-em.

W pierwszej części poruszyliśmy m.in. tematy napisanych przez niego książek i polskich mediów hip-hopowych. Dzisiaj skupiamy się na Kempie, bo chyba już najwyższa pora. Festiwal startuje już w środę, 22 sierpnia.

Wspomniałeś, że „Beaty, rymy, życie” były dla ciebie przełomem. Można powiedzieć, że takimi były również dwa inne wydarzenia. Pierwsze to International Young Music Entrepreneur of the Year od British Council, drugie to prelekcja na TEDx.

Jeszcze wrócę do książki. Otworzyły mi mnóstwo furtek do artystów, o których pisałem. Śmiesznie się złożyło, że po premierze wyjechałem na program studencki Work & Travel do Nowego Jorku. Chodziłem na koncerty i zabierałem książkę ze sobą, dawałem do podpisania artystom i zdawałem z nich relacje na „Kronice Portowej”. Nie do opisania i nie do porównania z niczym innym! Do tej pory jak biorę tę książkę na Kemp i daję do popisania komuś innemu to zawsze mam wielką radość! I zawsze ten sam efekt – „wow, człowieku, po polsku napisane!”.

Trafiła też do jednej z największych bibliotek w USA.

Tak, do gigantycznego zbioru hiphopowej bibliografii Uniwersytetu Cornell. Tam jest jakiś amerykański Skarbiec Tożsamości Narodowej. Współpracownik Russella Simonsa dużo mi z tym pomógł. Pamiątki dziedzictwa hip-hopowego w jakimś skarbcu (śmiech).

Duma?

No, na maxa! (śmiech) A wracając do tych innych rzeczy. Nagroda od British Council, a w zasadzie nominacja, bo byłem polskim finalistą, była dla mnie bardzo ważnym wydarzeniem, gdyż po raz pierwszy zostałem doceniony na polu aktywności przedsiębiorczej, a nie – jak do tej pory – dziennikarskiej. Ta nagroda była też pewnym uproszczeniem, gdyż swoim nazwiskiem firmowałem pracę także innych ludzi, przede wszystkim przyjaciół z Joytown: przecież nie organizowałem w pojedynkę tych eventów. Dostałem ją jako twarz naszej firmy. Dobrze się z tym czułem, ale… znowu nie poszedłem w tym kierunku. Pojawił się nawet artykuł w „Gazecie Wyborczej”, że do mnie należy przyszłość branży muzycznej itd. Duża pompa. W ramach nagrody pojechałem do Londynu na trzy tygodnie. Zwiedzaliśmy ważne studia nagraniowe, sale koncertowe itd. To był 2009 rok, w samym środku kryzysu gospodarczego i branża strasznie kwiczała. Kluby się zamykały, wytwórnie zwalniały ludzi, sklepy muzyczne znikały. Pomyślałem: „zajebiście, mam związać się na stałe z branżą, która ledwo zipie?”.

„(…) po raz pierwszy zostałem doceniony na polu aktywności przedsiębiorczej, a nie – jak do tej pory – dziennikarskiej”

W Polsce było to samo. Koncertów znacznie mniej, kurs złotówki poleciał w dół… Umówmy się jednak: u nas nie było tak dotkliwej recesji, jak na Zachodzie: ludzie nie popełniali samobójstw czy nie lądowali na bruku. Ale i tak ze względu na psychologię – wszędzie bowiem bił „kryzys, kryzys, kryzys” – Polacy wstrzymali wydatki na „dobra luksusowe”, takie jak bilet na koncert. Stwierdziłem więc, że nie tędy droga. Wtedy poszedłem w kierunku marketingu internetowego, którym zawsze zajmowałem się na potrzeby Joytown: zacząłem świadczyć te usługi dla innych firm. Już niekoniecznie związanych z muzyką. Zaangażowałem się w agencje interaktywne: Rocket Media, Joy Intermedia itd.

Wystąpienie na TEDx było ważnym etapem, bo dało mi dużo od innych osób – możliwości bycia obserwowanym. Na SGH częściej chodziłem na wykłady gości niż naszych wykładowców: wolałem słuchać praktyków, którzy coś osiągnęli. Czytałem dużo książek, do tej pory dużo czytam, dopiero co wróciłem z zajęć dla szkoły trenerów. Jak pojawiła się sposobność pojawienia się na tym prestiżowym evencie w roli mówcy, a zachwyciłem się tą sposobnością. Chciałem sprawdzić się teraz po tej drugiej stronie sceny. Mam tyle dobrej energii i motywacji wyciągniętej od innych osób, więc potraktowałem to jako szansę na pewnego rodzaju odwdzięczenie się innym. Poza tym znowu coś nowego, ekscytującego itd. To było jeszcze w 2013 roku, gdzie nie było jeszcze hejtu na tych wszystkich coachów i samozwańczych Mesjaszy od samorozwoju. Brrr, absolutnie nie chcę być wrzucony do jednego worka razem z nimi. Do tej pory spotykam osoby, które mnie kojarzą z wystąpienia na TEDx i mówią, że to kawał dobrej roboty. To był też taki impuls, żeby mocniej zaangażować się w wystąpienia publiczne i prowadzenie warsztatów.

Widziałbyś się w tym dalej, gdybyś dostawał takie kolejne propozycje?

Teraz jestem w takim zwrotnym momencie życia zawodowego, gdyż kończę jeden etap związany z końcem prowadzenia agencji marketingowej, Rocket Media. Nie mam jeszcze pomysłu, nic potwierdzonego co dalej. Mam teraz okres świadomego braku działania, nie będę niczego szukał na siłę, będę co najwyżej pozwalał się znaleźć. Teraz chcę uporządkować pewne sprawy i doświadczenia z kilku lat. W zasadzie dość wcześnie zacząłem ogarniać, w wieku 16 lat, i od tego czasu jadę cały czas na pełnej. Mam 34 lata i cały czas naparzam na każdym froncie ostro. Zaczęło dawać mi się to we znaki, pierwsze oznaki uszczerbku na zdrowiu itd. Na szczęście nie dojechałem do etapu, który spotkał kilku moich innych znajomych, jak zawał, mocna siwizna przed 30-tką itd., ale widzę te rzeczy, bo być może dość szybko się zreflektowałem, że już jadę za mocno. Teraz mam taki moment wycofania.

Wracając do pytania: prowadzenie warsztatów to jedna ze ścieżek, które rozważam, pewna forma transferu wiedzy, doradztwa itd. Uważam, że w boju biznesowym zdobyłem trochę doświadczeń i chcę się nimi dzielić, by wspierać inne zespoły w ich wyzwaniach.

Hip Hop Kemp jest cały czas tak samo ważny jak kiedyś? Jesteś z nim od drugiej edycji.

Jestem od pierwszej, ale formalnie jakieś kontrakty itp. mamy z Czechami ogarnięte właśnie od drugiej edycji (2003). Na pierwszej edycji byłem jedynym dziennikarzem, który o tym napisał, pierwszym który zrobił relację (w śp. „Klanie”) i zapowiedzi, więc czuję, że jestem związany z tym bezpośrednio. Natomiast ważności od strony biznesowej nabrał dopiero po kilku latach.

Pierwsze edycje to etap bycia nastolatkiem i jeżdżenia na imprezę ze znajomymi, pokazywania im wszystkiego i w dodatku zarabiania na tych kilku biletach: mój zarobek pozwalał mi sfinansować wyjazd w tę i z powrotem i zabawę na miejscu. Pamiętam jak na drugiej czy trzeciej edycji podliczyliśmy z Tomkiem, z którym to organizowałem, nasze zyski, to wyszło, że starczy na zgrzewkę browaru dla ludzi w autokarze i flaszkę absyntu. Tak to też zainwestowaliśmy (śmiech).

Po jakimś czasie było to dla mnie było ważne źródło utrzymania, tak jest do tej pory, ale pracuję przy tym od 15 lat, więc gdybym traktował to w kategorii hobby to rzeczywiście mogłoby tak być i nie wkładałbym tyle energii i pasji i tylu osób bym w to nie angażował. Na pewno nie osiągnęłoby to takiego rozmachu. Nieskromnie powiem, że gdybyśmy z Adamem Lisem i naszym joytownowym zespołem, głównie Marcelą Longą, nie włożyli przez lata tyle pary w polskie promo, to tego festiwalu mogłoby nie być, a przynajmniej nie w takiej formie w jakiej jest obecnie.

fot. Marek Kaczkowski

Można odnieść wrażenie, że festiwal jest bardziej polski niż czeski.

Trochę jest, ale widzisz, to jest dość specyficzne sytuacja. Z jednej strony możemy być super dumni z siebie: jesteśmy promotorami, sprzedajemy de facto cudzy produkt, i robimy to z powodzeniem. Po jakimś czasie współpraca z Czechami zaczęła się zacieśniać i my nie byliśmy tylko podwykonawcami typu: panowie, taki mamy pomysł na ten rok, więc sprzedajcie nam to w Polsce. Tak było na początku, ale od kilku lat mamy bardzo silny wpływ na zagraniczny lineup, plus w całości odpowiadamy za polski, więc to już spora rola współtwórcy „produktu”, a nie tylko jego sprzedawcy. Tylu jest uczestników z Polski, że staliśmy się ważną grupą decydentów. To jest sukces, fakt, ale z drugiej strony ten sukces nie zachwyca wszystkich równomiernie. Dla części uczestników z Czech to się stało wręcz problemem, że jest tak dużo Polaków, bo często zaczęliśmy zniechęcać ich do przyjeżdżania tam. My, Polacy, często lubimy zabawić się głośno, ostro, na hardkorze, nie brakuje też podjazdów, śmiania się z innych nacji. Wystarczy, że będą to wybuchowe jednostki, ale na kilkanaście tysięcy osób one są najbardziej słyszalne i budują zły wizerunek. Rzutują części uczestników na odbiór wrażeń.

Inny problem – my nie jesteśmy organizatorami, my jesteśmy promotorami. Nie mamy tak bezpośredniego wpływu na nagłośnienie, logistykę na miejscu itd. Oczywiście ostro ciśniemy Czechów o różne kwestie, ale to nie od nas zależy, jakie na miejscu będą atrakcje, jak będzie zorganizowany podział stref, pola namiotowego etc. Często musimy zbierać krytykę za te aspekty festiwalu, ale niewiele jesteśmy w stanie z nią zrobić. Czesi prywatnie są zupełnie inni od Polaków.

Bardziej pogodni i otwarci.

Dokładnie, bardziej pozytywni i mniej spięci. Mniej agresji, napinki itd., ale w prowadzeniu biznesu takie rzeczy prowadzą do konfliktowych sytuacji – niedotrzymane terminy, mają zwyczajnie wyjebane na wiele rzeczy, sporo pracy jest wykonywanej chaotycznie, bez planu. Takie rzeczy u nas generują dużą spinę. Weryfikowałem to u innych osób, które robię biznesy z Czechami, różne branże, i każdy mówi dokładnie to samo! Państwa sobie tak bliskie, a tak duże różnice kulturowe. Mamy trochę ciężką robotę, bo widzimy co zgłaszają uczestnicy Kempu, zgadzamy się z tym, bo są to rozsądne uwagi, ale ciężko nam obiecać cokolwiek w tych kwestiach. Nauczyłem się przyjmować Kemp z dobrodziejstwem inwentarza (śmiech).

Ej, wiesz co mogliby zrobić organizatorzy? Zapewnić większy dostęp do kontaktów i prądu na polu dziennikarskim!

No widzisz, takich rad to ja mam gigabajty spisane. Kontakty? Czasem one są, czasem ich nie ma, kto mi wytłumaczy, że np. na dwunastej edycji Wi-Fi nie ma? (śmiech) Tam też zmieniają się ludzie, którzy przy tym pracują, trzeba na nowo uczyć się pewnych rzeczy, więc to nie jest taka łatwa i przyjemna praca, w której odcina się kupony.

Zaczęła się też nieść fama, że jest to dobry balet i zaczęło to ściągać mnóstwo ludzi nie związanych z kulturą. To zaczyna być solą w oku uczestników, którzy przyjechali posłuchać Masta Ace’a, a tu obok przyjęła jakaś ekipa, która zapodaje Manieczki z boomboxa i ładują (albo opychają) jakieś gówno. To jest taki gorzki sukces. Fajnie, że udało się to rozkręcić, ale nie jestem zadowolony z tego, że przyjeżdżają tam takie osoby, które odbierają radość innym, właściwej kempowej społeczności. To trudne wyzwanie, które spotyka też wiele modnych klubów.

Może bierze się to też z tego, że HHK jest tak atrakcyjny, bo jest bardzo tani? Być może pierwszym objawem gorszych rzeczy na festiwalu był 2007 rok, kiedy w trakcie jednego z koncertów ludzie niszczyli bramy i wchodzili na festiwal bez biletów?

Parę tysięcy osób wbiło się nielegalnie na teren festiwalu, w dość bojowych nastrojach, i my od tamtego czasu bardzo ostrożnie uwzględniamy uliczne brzmienia w lajnapie. Niektórzy artyści komentują to dość dosadnie, że są tak ważni dla sceny, a nie są zapraszani. Np. Peja mnie kiedyś obraził na Facebooku z tego tytułu, ale chcę być w tym konsekwentny. Ilekroć poszedłem na kompromis z tym „ideałem”, typu Pih i Chada w 2011 roku, no to wiemy jak to się skończyło… .To jest bardzo duże wyzwanie, gdyż z drugiej strony jako festiwal powinniśmy odpowiadać na wciąż zmieniające się gusta i potrzeby słuchaczy. Jeśli za mocno się struskulizujemy, to może się okazać, że publiczność na takie brzmienia w zakresie liczb jest bardziej klubowa, niż festiwalowa.

Wracając do twardych brzmień, i powiązanych z nimi używek… Mam już trochę lat na karku, więc też inaczej patrzę na siebie i to co się dzieje dookoła, niż wtedy, kiedy miałem lat 16. Czuję pewną odpowiedzialność za młodych ludzi, którzy jadą na Kemp. Przeraża mnie ich częsty brak świadomości w sferach, które mają duży wpływ na ich funkcjonowanie, ryzyka zdrowotne i inne. Pracujemy obecnie nad materiałami edukacyjnymi wspólnie z ekipą Wolne Konopie i Społeczną Inicjatywą Narkopolityki, które – wierzę – zrobią coś pożytecznego w tym zakresie.

Czy mocno bierzecie głosy ludzi pod uwagę? Pamiętam, że na HHK 2016 największa burza w komentarzach była wtedy, kiedy ludzie pytali, dlaczego w lineupie jest X, a nie Y. Przejmujesz się tym? Ja, osoba bardzo neutralnie nastawiona na dobór lineupu na Kempie, nie wchodzę w kompetencje osób, które go wybierają. Muszę im zaufać. Skoro Radek Miszczak coś wybiera, to musi być to dobre, ale… nie odnosisz wrażenia, że jest duża powtarzalność?

Oczywiście, że jest ten proces i z roku na rok się nasila. Naprawdę trzeba mieć duże nerwy i poczucie przekonania o własnej wartości i jakości podejmowanych decyzji, żeby nie zwariować. Obiektywnie: ludziom zaczyna odwalać. Nie tylko fanom hip-hopu, ale konsumentom. Nasze oczekiwania są tak rozbudzone, że w przypadku dobra wspólnego, czyli np. lineupu na festiwalu, który jest taki sam dla wszystkich, mnóstwo osób będzie mimo wszystko dokładnie oczekiwało, że będzie sprecyzowany specjalnie pod nich. Całkowicie, jak jeden z 75 koncertów nie podpasuje, to napiszą, że sprzedają bilet, albo impreza się stoczyła na dno. Kurwa, rzeczywistość nie jest zoptymalizowana pod potrzeby danej jednostki, tylko pod ogół, czy serio aż tak ciężko jest to dziś zaakceptować?!

Zapominają, że to jest festiwal i jego permanentną cechą jest różnorodność. Są oldschool, newschool, boombapy, trapy, cloudy, każdy może sobie wybrać coś dla siebie. U tych co narzekają przerażają mnie wąskie horyzonty. Zobacz, w 2016 roku zaczęliśmy lineup od artystów nowej fali, np. Anderson .Paak, The Underachievers. Co było? „Sprzedaliście się, same hajpowane ksywy nowe!”… Potem ogłosiliśmy te starsze rzeczy, typu Masta Ace, Boot Camp i znowu – „odgrzewane kotlety”. Czytam te komentarze, wyciągam wnioski, ale wiem że ci, którzy tak piszą to nie wierna reprezentacja tych, który jeżdżą na festiwal. Zobacz – mamy na FB ponad 140 tys fanów. Na festiwal pojedzie 1/15 z nich. Nauczyłem się przesiewać to przez swoje sito. Nawet jeśli był taki wymarzony lineup, jak w 2015 (edycja z Mobb Deep, PRhyme, Dope D.O.D.), to i tak nie brakowało głosów, że jest chujowo. Mamy swój pomysł na tożsamość festiwalu. Aktualizujemy go rzecz też jasna tak, jak zmieniają się brzmienia.

„(…) od kilku lat mamy bardzo silny wpływ na zagraniczny lineup”

Jak długo ludzie będą kupowali naszą wizję, tak długo będziemy to robili. Istnieje taka lojalna grupa, która kupuje bilety zanim kogokolwiek ogłosimy. Mamy u części osób zaufanie i zrobimy wszystko, by je utrzymać.

Nawet sami raperzy do nas piszą, dlaczego ich nie ma. Z książką miałem tak samo. CNE prowadził program w TV i jakieś raperki były oburzone, że ich nie ma.

Paręsłów?

Nie przypomnę sobie. Nie wiem, może Wdowa, może Lilu? Nie wiem, nie chcę wymieniać tych ksywek, żeby nikogo nie obrazić. Ktoś musi dokonać tej selekcji i ty bierzesz za to odpowiedzialność.

Czy uważasz, że Kemp cały czas idzie w dobrą stronę?

Zależy jak zdefiniować dobrą stronę. Dla mnie dobrą stroną jest to, że ludziom chce się cały czas ruszyć dupę sprzed monitora i to jest dobre. Dla wielu osób jest to jedyny wyjazd wakacyjny, tym bardziej zagraniczny. Ma to swój klimat. Mimo wszystkich podziałów jest to impreza, która tworzy jedność.

Uda ci się zaprosić Trajbów?

Na pewno nie w pełnym składzie (śmiech).

Wiadomo, że nie w pełnym, ale są gotowi do koncertowania.

Jeśli oni zdecydują się na trasę to na pewno będzie to poza naszym zasięgiem. Typowe „money maker tour”. Trochę mnie irytuje ten powrót A Tribe Called Quest, bo zagrali pierwszy razem raz od iluś lat, powstała płyta itd. Super, jestem tym albumem zachwycony.

Pragnę zauważyć, że oni cały czas koncertowali w pełnym składzie z Jarobim! Byłem na ich dwóch koncertach w 2006 i 2013 roku. W filmie jest pokazane, że te koncerty były robione dla kasy, Phife narzekał, że źle funkcjonował z tą cukrzycą, ale kazali mu rapować. To nie jest tak, że nie mieli ze sobą kontaktu. W 2013 w Londynie mieli 500 tys. dolarów stawki, więc są dla nas nieosiągalni.

To jest praktycznie budżet festiwalu.

Jak nie więcej…

To jakie jest największe kempowe marzenie oprócz nich?

Bardzo bym ich chciał, ale to nie jest jednoznaczne. Kiedyś Q-Tip był ogłoszony u nas jako gwiazda i odwołał występ. W ogóle nie było efektu wow u ludzi. Były takie głosy, że to „pedalski hip-hop”, a on był zaraz po wydaniu The Renaissance, czyli jednej z najważniejszych płyt ostatnich lat. Lepszym echem odbiło się wtedy Reflection Eternal. To mnie nauczyło, że nie ma pewnych strzałów. Przecież w 2013 roku był Kendrick Lamar, wtedy był wszędzie numerem 1 po premierze Good Kid, M.A.A.D. City, i wcale nie było tak super – ani nie przełożyło się to na frekwencję większą, a i koncert K. Dota większość uczestników rozczarował.

A odpowiadając na pytanie: moje marzenie zostało spełnione w 2014, kiedy na festiwalu pojawił się Cee-Lo Green. Zagrał jeden z najlepszych koncertów w historii Kempa, totalny rozpierdziel. W tym roku udało mi się ściągnąć Devina the Dude’a. Mam taką listę artystów, których chciałbym zaprosić i ona co roku się kurczy (śmiech). Hieroglyphics, Freestyle Fellowship, Blackalicious, People Under the Stairs. Jest ich trochę, a cały czas wychodzą też świetne nowe rzeczy i bardzo się cieszę, że byli Anderson Paak. i Mick Jenkins. Kapitalne świeże talenty. Warto oceniać lineup po festiwalu, a nie przed, bo zawsze są czarne konie.

Okej, a najgorsze sytuacje na Kempie?

Dla mnie jedną z takich sytuacji, którą najgorzej wspominam, to była sytuacja z Pihem i Chadą. Cyrk, było mi wstyd, ale zdarzają się takie sytuacje. W 2007 roku jeden z headlinerów był tak zjarany, że 3 razy schodził do garderoby. To jest smutne – ludzie płacą za bilet, oczekują wrażeń, a wina za amatorkę w takich sytuacjach niesłusznie spada na organizatora.

My jeździmy na te koncerty, obserwujemy artystów itd., ale zdarzają się nieprzewidziane sytuacje. Z Machine Gun Kellym tak było. Totalna petarda koncertowa, ale dzień przed Kempem złamał rękę. I co można teraz zrobić? Postąpił zajebiście, że nie odwołał, ale gdyby tak było, to wina by spadła na nas. Trudna rola.

Podobnie jak z Method Manem w 2016 roku. Nie wiedzieliście o tym wcześniej?

Kemp nie jest festiwalem, który rozdaje karty w tej grze. Eminem jak wydaje nową płytę, to nie bierze pod uwagę naszego festiwalu (śmiech). Jeśli mamy rywalizować z festiwalami pierwszej ligi, typu Glastonbury, Splash, Open’er itd. to nie rywalizujemy budżetami, tylko bardziej atmosferą, fajną grupą docelową i zamknięciem sezonu wakacyjnego. Ma to wpływ, bo artyści bywają już po całej swojej trasie zmęczeni, mają wiele innych pokus: występ u konkurencji, w filmie itd. Jeśli spojrzą w kontrakt i zobaczą karę umowną, której często nie ma, to co?

W praktyce odwalili nieraz taką mukę, np. Nas w Parku Sowińskiego. Dwa razy byłem świadkiem tego, jak przedłużające się zdjęcia w filmie były problemem. Common i we Wrocławiu w 2008 roku, potem Method Man. Dla niego to na pewno była większa atrakcja niż zagrać koncert. Porównał sobie wiele rzeczy i widocznie bardziej mu się tamto opłacało. Szkoda tylko, że powiedział to chwilę przed występem. Fan zawsze weźmie stronę artysty, nie organizatora.

Zadowolony byłeś z tego, że zastąpili go EPMD?

Wiesz co…

Widzę, że tak jak ja…

Cieszę się, że mogłem ich zobaczyć na żywo, ale czasy swojej świetności mają za sobą.

W przeciwieństwie do Redmana.

On cały czas nagrywa, koncertuje. Może Sermon miał problemy zdrowotne?

No dobra, tak na koniec. To jaki będzie tegoroczny Hip Hop Kemp?

Powiem ci za tydzień, jak z niego wrócimy, bo nauczyłem się oceniać Kemp, jak i ogólnie festiwale, „po”, a nie „przed”, jak wiele osób robi na podstawie lektury lineupu. Na pewno będzie tłusty programowo – jeszcze nigdy nie było tak wielu i tak bardzo zróżnicowanych brzmieniowo koncertów na jednej edycji.

Nieskromnie przyznam, że mam poczucie wykonania dobrej roboty, gdyż Kemp wychował kilka muzycznie dobrych roczników wśród uczestników. Cieszę się, że tę rolę zaczyna dobrze realizować coraz więcej eventów, tak bliski ci Polish Hip-Hop Festival w Płocku, z którym w tym roku podjęliśmy współpracę partnerską. Zgadzam się z opiniami, że uczestnictwo w festiwalach muzycznych to jedna z ostatnich rzeczy, których – przynajmniej jeszcze – nie można ogarnąć online. Korzystajmy z tych przyjemności, kto wie, może już niebawem będziemy je tylko wspominać przez szybkę. Ahoj!

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

1 komentarz

Zostaw odpowiedź