Prawie jak Kendrick. Oxymoron – recenzja

oxymoron

Kto nie czekał ten trąba. Nawet ja, mimo że już tak mocno nie siedzę w rapie, nie mogłem pominąć tego wydarzenia. A mam wrażenie, że premierę Oxymoronu wydarzeniem trzeba nazwać. Tylko nie takim, jakim się może wydawać.

Nie wykluczam sytuacji, że Black Hippy zdominują całą scenę na lata. Próżno szukać w mainstreamie tak charyzmatycznych i piekielnie uzdolnionych postaci jak Kendrick Lamar, Schoolboy Q, Jay Rock i AB-Soul. Płyta tego pierwszego, niemalże doskonały good kid, m.A.A.d City, udowodniła mi, że mam jeszcze czego szukać w głównym nurcie. Ba, z miejsca stała się dla mnie pozycją klasyczną. Wydawnictwa Jay Rocka i AB-Soula średnio przypadły mi do gustu, aczkolwiek nie mogę odmówić im wysokiego poziomu artystycznego. Zostaje jeszcze Schoolboy Q.

Setbacks z 2011 roku nie dane było mi usłyszeć. Powodem było tylko i wyłącznie lenistwo w tej kwestii. Po prostu pominąłem materiał, przypinając mu łątkę „na kiedyś”. Habits & Contradictions podobało mi się więcej jak umiarkowanie. Dobrze, może inaczej. Jest to dla mnie album z momentami wybitnymi (tak, wybitnymi), na którym ciąży zbyt dużo utworów, które są średniakami.

Single, które zwiastowały nadejście Oxymoronu powaliły mnie na kolana. Sprawiły że czekałem tak samo jak na debiut Lamara (gwoli wyjaśnienia K-Dota słucham już od… 2009 roku). Wszystkie trzy: „Collard Greens”, „Man of the Year” i „Break the Bank” były i są dla mnie synonimem tego, jak powinien brzmieć rap w tej dekadzie. Zatem jaki jest Oxymoron – pierwsza płyta Schoolboya wydana przez majorsa?

Raper nie zaskoczył mnie niczym. Bez zbędnego moralizatorstwa jest to czyste bragga i gangsterka w najlepszym możliwym wydaniu. Podoba mi się wewnętrzna rywalizacja pomiędzy członkami Black Hippy, o to, który z nich jest najlepszy w ekipie, a w szerszym kontekście najlepszy na świecie (bo chyba nikt o zdrowych zmysłach nie uważa, że scena z USA mogłaby zostać zmarginalizowana przez jakąkolwiek inną?). Czy Kendrick został zepchnięty z tronu przez Schoolboya, jak to jest zapowiedziane w „Break the Bank”? Zależy od kategorii. Zacznijmy od tego, że liderzy kolektywu z Los Angeles (jednak AB-Soul, a zwłaszcza Jay Rock są za ich plecami) są zupełnie innymi raperami. Mądre, życiowe teksty kontra brutalne autobiograficzne wersy idą ze sobą w parze i się pięknie uzupełniają, ale brzmią zupełnie inaczej w ich wykonaniu. Każdy z nich jest mistrzem w swojej dziedzinie. Zarówno jeden i drugi mają znakomite koncepty, czy to na pojedyncze tracki czy na całe albumy.

Schoolboya słucha się znakomicie. Porządny raper musi mieć charyzmę i on spełnia te podstawowe kryterium z nawiązką. Jego rap jest wiodącą siłą na albumie i jest to główny powód, dla którego koniecznie trzeba sięgnąć po Oxymoron. Co innego goście. Popisy gospodarza fajnie uzupełniają BJ the Chicago Kid czy, co jest oczywiste, Lamar, ale Tyler, Kurupt czy nawet Raekwon spisują się średnio jak na swoje możliwości. A szkoda, bo liczyłem na więcej. Podobnie jak w innym istotnym elemencie każdego LP – produkcji.

I tu zaczyna się największy problem. Wiem, że zdania są podzielone, może jest minimalna przewaga tych, dla których jest ona bardzo dobra, a nawet wybitna. Dla mnie nie. Niestety, ale oprócz singli i „Studio” żadne inne beaty nie pozwoliły mi krzyknąć „wow”. Żadne. Uwielbiam styl, który obecnie króluje w produkcji podkładów, ale produkcje spod rąk Tylera czy Mike’a Will Made Ita (nie wiem czy dobrze odmieniłem, sorry) kompletnie do mnie nie trafiają. Nez & Rio oprócz pięknego „Man of the Year” nie zachwycili mnie tak samo, jak miało to miejsce przy premierze singla. Ochów i achów nad „Los Awesome” Pharrella też nie jestem w stanie zrozumieć. Cóż, pod tym względem Oxymoron do mnie nie trafia, a liczyłem na bardzo dużo. Mieszanka obecnych trendów z podkładami wyjętymi żywcem z albumów Mobb Deep w ogóle do mnie nie przemówiła.

Myślałem, że ten legalny debiut ujmie mnie tak, że będę wracał do niego regularnie. Nic z tych rzeczy. Doceniłem, nawet polubiłem, ale nie postawiłem na półce z napisem „must have” i „instant classic”. Jest to dobra płyta. Tyle i aż tyle. Mam wrażenie, że potencjał nie został wykorzystany w 100%. I nie w kwestii tekstów czy poziomu rapowania, bo tu mamy do czynienia z najwyższym poziomem. Doskonały raper ma też dobre ucho do muzyki, a dobór beatów na albumie utwierdził mnie w przekonaniu, że pan Hanley doskonałym na razie nie jest. Kto jednak wie, czy nie będzie wkrótce i nie strąci ziomka z tronu?

7

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

3 komentarze

    1. Mam pozytywne zdanie. Stylistycznie gdzieś pomiędzy Kendrickiem a Schoolboyem. Całej epki nie słyszałem, nawet nie wiem czy jest udostępniona za darmo. Muszę poszukać na Spotify.

Zostaw odpowiedź