Potrzeba oceniania

argument-boxing-conflict-343

Oceniać każdy może, ale być ocenionym przez kogoś innego to już może być niewyobrażalny problem. Gusta są różne, ale ten gust trzeba mieć.

kisiel

Kilka dni temu małą konsternację wśród dziennikarzy i blogerów wywołał niejaki Kisiel. Otóż muzyk stwierdził, że różnica między recenzentem a słuchaczem jest taka, że ten pierwszy słucha jej za darmo. Niestety, ale często tak nie jest.

Nie będę wypowiadał się za kogoś innego, więc opowiem na swoim przykładzie. Od kilku lat dostaję mnóstwo płyt do sprawdzenia. Dostawałem je również wtedy, kiedy działalność mojego poprzedniego bloga, RAPortu, była zawieszona. Albumy i materiały promocyjne trafiają do mnie zarówno w formie fizycznej jak i cyfrowej. Bardzo często otrzymuję je przed premierą danego materiału do sprawdzenia. Robię to zawsze, ale nie zawsze je opisuję na łamach bloga czy w innych miejscach, bo zwyczajnie w świecie nie ma na to potrzeby. Raz że czasami ich poziom jest taki, że nie warto się tego podejmować i tracić czasu swojego i waszego. Innym razem są to projekty na maksa niszowe, będąc jednocześnie tak słabymi, że szkoda się wysilać. Bywa też, że dostaję coś z polecenia od innych pismaków i „towar” pcham dalej, jak to było ze świetnym Taco Hemingwayem, którego materiał podłapało wiele osób i rozprzestrzeniło jeszcze dalej. W momencie, kiedy dostałem polecenie od naczelnego jednego z pism… piłkarskich (tak, tak było), Taco miał na swoim fanpage’u ok. 300 polubień. Teraz jest 1300. W dwa miesiące ilość fanów wzrosła czterokrotnie. Kilku blogerów w tym pomogło i miło w tym momencie nosić takie miano oraz mieć świadomość tego, że to m.in. dzięki mojej osobie tak się stało.

Równie często jest też tak, że płyty, które chcę opisać, muszę kupić samemu. Nie ma w tym nic złego, ale niestety majorsy mniejszych blogerów muzycznych traktują po macoszemu, więc jeśli myślicie, że otrzymuję materiały Kanye Westa, Rootsów czy Noela Gallaghera za darmo, to jesteście w błędzie. Często ratują mnie serwisy streamingowe, które pozwalają zaoszczędzić część pieniędzy, ale równie często wyrzucam kasę w błoto, kupując w ciemno badziew lub średniaka spod szyldu wielkiej wytwórni (inaczej ma się sprawa ze świetnym materiałem). To, że jestem kolekcjonerem i zbieraczem nie zmienia nic. Z mojego czterocyfrowego zbioru płyt, ponad 90% kompaktów i winyli zostało przeze mnie kupionych. Darmowych jak widzicie jest garstka. Poszły na konkursy, do znajomych czy do innych znajomych, którzy piszą o muzyce, a wiedziałem, że spożytkują to lepiej ode mnie.

Z drugiej strony barykady, czyli z małymi oficynami jest świetnie. Wysyłają płyty, nie proszą na siłę o recenzję, jak będzie to będzie (ale miło by było, gdyby takowa się pojawiła). Nie wpływają na ocenę, mogę zrobić z płytami co mi się tylko podoba (dostaniecie wkrótce konkurs z kilkoma pralkami i nagrodą główną w postaci samochodu. Przy okazji będą płyty). Współpraca z nimi układa się bardzo dobrze i działa w obydwie strony – wszyscy na niej korzystają. A to, że ja i kilkadziesiąt osób mamy coś za darmo? Nie tak do końca, bo wypada przecież coś napisać. Jak nie w tym przypadku, to w innym. Jak dostanę paczkę z kilkoma płytami, to co najmniej jedna idzie pod pióro. Taką mam żelazną zasadę.

Rozumiecie sami, ale słowa Kisiela są trochę krzywdzące, przynajmniej dla mnie, bo ilość słuchaczy, która album „ukradnie” jest nieporównywalnie większa od ilości blogerów czy dziennikarzy, którzy ściągną płytę i ją opiszą. Ja tak nie robię, nie wiem jak inni, ale ci, których dobrze znam, postępują podobnie do mnie. Uczciwie, bo wszyscy tylko na tym zyskują. A to, że najczęściej jest tak, że recenzenci dostają ją jako materiał promocyjny? Taka jest konstrukcja tego świata i nie ma w tym nic złego.

Rzeczywiście, Pani Donato. Muzyka ze Sztosów mnie przerosła. Szkoda tylko, że "na scenie hip-hop" taka stylistyka jest na porządku dziennym, a stare synthowe polskie sample nie są praktycznie w ogóle wykorzystywane...
Rzeczywiście, Pani Donato. Muzyka ze Sztosów mnie PRZEROSŁA. Do tej pory nie ogarniam jej absolutu. Ech. Szkoda tylko, że „na scenie hip-hop” stylistyka obrana przez Marka Dulewicza jest na porządku dziennym, a stare synthowe polskie sample nie są praktycznie w ogóle wykorzystywane… Stąd ta różnica.

Fajnie jest prosić o promocję materiału, o wspieranie akcji crowdfundingowej, gadanie że ma się wszystkie opinie w dupie, a potem narzekanie, że ktoś zjechał mój album, ale każdy na swój sposób ocenia przesłuchany materiał. I nieważne czy jest pismakiem czy zwykłym słuchaczem. Każdy ma do tego takie samo prawo. Czy jak w gronie własnych znajomych wygłoszę nieprzychylną opinię to jest dobrze czy nie? Bo rozumiem, że wygłaszając publicznie dokładnie taką samą na łamach czegokolwiek i trafiając w większe audytorium to jest źle? Odpowiedzcie sobie sami. Tak samo jak odpowiedzcie sobie co jest gorsze: pisanie magicznej frazy – „to jest zajebiste” – przez słuchacza gdziekolwiek i podziękowania od artysty we własnym imieniu w komentarzu za to, że stwierdziłeś „że to jest zajebiste” czy pisanie tego samego w drugą stronę – „to jest chujowe” – i wyzywanie przez artystę opiniującego, że się nie zna, nie ma nic do powiedzenia etc. Rzadko kiedy wykonawca prosi o konkrety.

Widzicie różnicę? „To jest zajebiste” = „to jest chujowe”. I tu, i tam nie ma treści, ale różnicę robi jeden wyraz. I to właśnie ten wyraz sprawia, że ktoś zmienia się z artysty we frustrata. Super jest być chwalonym, nawet mimo takich banałów jak „to jest zajebiste”, ale jeszcze bardziej super jest właściwe ustosunkowanie się do „to jest chujowe”.

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Zostaw odpowiedź