Podsumowanie roku 2015. 20-11

20-11

Przedostatnia część mojego podsumowania i jednocześnie ta, która sprawiła mi najwięcej problemów. Większość z tych pozycji miała się znaleźć w czołowej dziesiątce, ale po spojrzeniu na własne konto bankowe stwierdziłem, że lepiej będzie jak zostaną tutaj. Trochę poważniej: tak, mieli ogromne szanse na to.

20. Ile twarzy ma polski hip-hop?

Nie no, panowie i panie. Ja naprawdę polubiłem Antologię, serio. Może dziwnie to zabrzmiało, ale ona sama jest dla mnie wydarzeniem bez precedensu. Szkoda tylko, że wszyscy gadali o niej, a mało kto poruszał temat książki Sadiego i Graffa – Polski Hip-Hop Posiada Wiele Twarzy. Może i słabo napisana, jako-tako wydana, ale patrząc na całość okazuje się bezcenna. Unikatowa w swojej formie i przede wszystkim ucząca małolatów, że hip-hop to nie tylko rap. Bardzo niszowy projekt, z niesprawiedliwie potraktowaną promocją, a w zasadzie jej brakiem. Kto wie, być może tak miało być? Kto miał przeczytać, ten przeczytał. Obowiązkowo radziłbym się zaopatrzyć póki jeszcze jest, bo na naszym księgarskim rynku ciężko szukać hip-hopowych książek, które nie opierają się tylko na jednym schemacie, a jeśli chcę się wypracowaną tylko na takim to… koniecznie trzeba brać Antologię.

19. Jneiro Jarel

Król powrócił i „powrócił”. Uderzenie tak mocarne, że do tej pory się nie otrząsnąłem. Niektórzy wiedzą, że Three Piece Puzzle jest dla mnie jedną z hip-hopowych płyt wszech czasów, więc zarazem absolutną czołówką poprzedniej dekady w gatunku. Album, który być może w jakiś minimalny sposób definiował bądź przewidywał obecne brzmienie, poza tym wznosił na wyżyny wszystko, co tworzył JJ. Nie inaczej było z bardzo undergroundowym Timeless Vol. 1, które momentami spokojnie gasiło twórczość tych, których raper/producent brał za inspirację – J Dilla, Hi-Tek, Pete Rock i kilku innych zawodników.

Z tego wszystkiego wzięły się dwa woluminy (jeden, dwa), które są rarytasami tamtych i późniejszych czasów. Są one jedną absolutnie przepiękną (z tego co wiem jest tylko wersja cyfrowa) wycieczką wgłąb umysłu tego, który muzykę tworzył wg własnych zasad. Nie wiem, ale odnoszę wrażenie, że gdyby przy mocnej selekcji stworzyć z tego jeden twór, to mielibyśmy do czynienia z rzeczą niewiele ustępującą dziełu z 2005 roku.

Panama Black, Rocque Wun, Dr. Who Dat?, Capital Peoples (nie wolno pominąć w znajomości doskonałego Amazonica 1999-2004), gdzie hip-hop gubi się wśród amazońskiej dżungli), aż w końcu przychodzi czas na Micröclimate. Kolejny alias Jneiro Jarela i zmiana formy, a może ewolucja, która jest efektem zapoczątkowanym na Section A w 2000 roku? Zmiana klimatu, uderzenie w bardziej elektropopowe rejony i tylko świetne 3 numery, które… powodują mieszane uczucia. O co chodzi? Gdyby tylko chciał mógłby rządzić w undergroundzie, a tak zawsze będzie miał przypiętą łatkę tego cholernie uzdolnionego, pracowitego, ale chowającego wszystko do szuflady. MF Doom czy Khujo Goodie dostali to i owo. Co wyszło? Sami wiecie. Mogłoby być, a nie ma, bo woli się wygrzewać na plaży w Miami.

Niepodważalna klasa.

https://soundcloud.com/microclimate-528406292/polarizing

18. Noel Gallagher’s High Flying Birds Chasing Yesterday

Kocham britpop, który jest dla mnie kwintesencją szczeniackich czasów. Jest też imaginacją tego, czego pragnę obecnie, a nie za bardzo mogę sobie już na to pozwolić. Swoboda w połączeniu z piwem, kobietami i futbolem. Idealnym przedstawicielem właśnie tych trzech „cech” jest Noel Gallagher ze swoich najlepszych lat.

Na Chasing Yesterday nie ma za dużo frywolności, ale są za to rzeczy, które dostrzegają ludzie, którzy wyrośli ze wspomnianych „cech”. Fantastyczny materiał, który brzmi tak, jak chciałoby brzmieć Oasis od 1997 roku w górę. Longplay z 2011 roku był świetny i doskonale emanował reminiscencjami czasów z Liamem, tutaj tęsknota za zespołem jest jeszcze większa. Chociaż… Może nie tyle co za samym zespołem, a po prostu zwykłą ludzką normalnością i wartościami, które zmieniają się na przestrzeni lat?

Gonna try my best to get there
But I can’t afford the bus fare
And the storm that’s rolling over
Man, it makes me wanna cry

And I was told
The streets were paved with gold
And there’d be no time for getting old when we were young
And it’s allright
If you dance with me tonight
We’ll fight the dying of the light and we’ll catch the sun

Zawsze łzy w oczach przy tym wykonaniu. Zawsze, Noel…

Dziękuję.

17. Obraz polskiego hip-hopu

Zawsze gdzieś pozytywy giną w obliczu całego zła. Nie wiem, być może w wieku prawie 29 lat jest już za stary na emocje związane z przepychankami jakiś wolnostylowców po WBW. Socialmediowe wojenki w ogóle mnie nie ruszają, tak jak memy z Kwaśniewskim. Coraz gorsza forma weteranów jawi się już nie jako komedia, a jako dramat. Powielanie schematów stało się jeszcze bardziej widoczne, tak jak głupota samych słuchaczy, żeby tylko wspomnieć o Karolu Sekuła czy dwóch nastoletnich typiarach obcujących z Raegównocośtam.

Jasne, znajdę dużo miłych akcentów, ale ich siła przebicia w opozycji tych kilku raptem przykładów o których wspomniałem jest niemalże zerowa. Trochę mnie to boli, zważywszy na to że z kulturą jestem od wielu lat i bacznie się przyglądąc temu wszystkiemu jest mi bliżej do podejścia Laika. Totalnego położenia lachy na ten polski hip-hop. Z drugiej jednak strony… jest on mój. Tak samo jak twój, jego, jej, ich. Tylko wiesz co? Coraz rzadziej widzę pozytywy całokształtu i coraz częściej jestem ogłupiany. Nie wiem dokąd to wszystko prowadzi, ale nie chcę znać mety.

16. Zbigniew Wodecki & Mitch & Mitch 1976:A Space Oddyssey

Wyobraźcie sobie sytuację, że jedziecie autem i zatrzymujecie się przed przejściem dla pieszych w związku z czerwonym światłem. Widzicie zajebistą dziewczynę/faceta i wyciągacie tabliczkę z liczbą „10”. Do tego ten zawadiacki uśmieszek i…

Ja tam jestem fanem Wodeckiego. Stylówa i ta dyskretna słegerka mogąca się po cichu objawić chociażby wspomnianym uśmieszkiem, mecenat nad sztuką, konfrontacja z polskim hip-hopem – ciężko jest nie lubić. Trzeba być naprawdę mocno odizolowaną społecznie istotą, żeby utożsamiać go tylko z jakimś debilnym telewizyjnym show.

Tutaj z pomocą Mitchy nagrał na nowo swój klasyczny materiał. W zasadzie to nie wiem co więcej powiedzieć, bo esencjonalne piękno bijące od każdej postaci odpowiedzialnej za dźwięki i wokal wprawia mnie w euforyczny stan. Cudo.

15. Pseudo Intellectuals EP

Noc. Pada deszcz. Miasto jest opustoszałe. Z gronem swoich najlepszych kolegów muszę się gdzieś schować. Jest otwarty jeden pub. Zdecydowaliśmy się wejść na jedno małe piwo. Miejsce wygląda podobnie jak zdjęcie na okładce EP Pseudo Intellectuals.

Nie są najmłodsi (jeden z nich zajmuje się browarnictwem), ale są grupą dobrze znających się osób, które są zafascynowane staroszkolnymi technikami. Od lat nagrywają praktycznie to samo i cały czas na tym samym wysokim poziomie. Dużo jazzu, dużo autentyczności i dużo radości z tego, co się robi. Taka jest ta epka, i pomimo tego że bardzo krótka i coraz ciężej dostępna, to jednak jest fascynującą podróżą z takim hip-hopem, którego coraz bardziej mi brakuje. Zwykłego. Ludzkiego. Bez patosu i silenia się na oryginalność.

A tak w ogóle to podczas picia tych rzemieślniczych piw uświadomiliśmy sobie jedno. Warto mieć przyjaciół.

https://soundcloud.com/mike-cutler-2/pseudo-intellectuals-on-the-occasion-of-wet-snow-f-definition

14. Bones Banshee

Ćpun i hipster chodzący po Los Angeles w koszulce z logotypem Suzuki nagrał jeden absolut spośród wszystkich swoich tegorocznych płyt (ok. 10?). Najlepszy w swojej karierze. Tutaj wspiął się na wyżyny swoich narkotycznych wizji przy akompaniamencie najpiękniejszych cloudowych beatów.

Nic, absolutnie nic, nie potęgowało tak mocno moich sierpniowych i wrześniowych rowerowych eskapad na Wisłę połączonych z refleksjami na temat kondycji całego świata. I może nie chciałbym sobie go tak ubarwiać jak robi to Bones, ale to właśnie Banshee każe się zastanowić nad wieloma sprawami istotnymi dla przede wszystkim dla samego siebie.

Może i boss, może i ćpun będący zaraz na krawędzi życia, ale coraz mocniej eksploatujący rejony bardzo mile widziane dla takich jak on – „Canal St.” z ostatniego A$APa potwierdza tylko moją tezę.

13. Fonoteka Remixed 8

Nie wiem czy jeszcze dane mi kiedykolwiek będzie pisać na goodkidzie o Fonotece, ale jeśli to ma być ostatnia wzmianka, to niech będzie taka, na jaką zasłużyła cała seria. Zremixowane pożegnanie, które jest najbliżej doskonałości z wszystkich tego typu inicjatyw, które zostały podjęte w naszym kraju. Nigdy wcześniej, ani nigdy później w Polsce tak bardzo nie otarliśmy się o remixowy geniusz.

Nigdy.

PS

A to, że połowa tam zebranych się opierdala i niewiele robi, to już temat na osobną historię.

12. Druga Kopalnia

W zalewie (auto)biograficznego ścierwa i wątpliwej jakości książek sportowych pojawiają się jednak perełki. Pierwsza część, trochę wzorowana na brytyjskim Blizzardzie, to klasyka polskiego futbolowego inteligenta. Druga jest jeszcze lepsza, tym bardziej że obrany koncept wznosi ją na wyżyny literatury sportowej. A-R-C-Y-D-Z-I-E-Ł-O i nie zawaham się postawić tezy, że jest to najlepsza książka sportowa napisana w naszym kraju.

11. Eskaubei & Tomek Nowak Quartet Będzie Dobrze

Piątkowy wieczór, miasto nieznane, ale ta informacja nie jest najważniejsza. Grono ludzi zbiera się pod bardzo specyficznym hip-hopowym klubem i przedstawienie się zaczyna. Bilety są bardzo drogie, znacznie droższe od przeciętnych. Wchodzą. Jedni zajmują stoliki, inni idą do baru, jeszcze inni uderzają po prostu w parkiet. W tym miejscu jest także scena, która zaraz zostanie zajęta przez bardzo dziwny zespół kompletnie nie pasujący do „audytorium”. Zaczynają grać, natomiast setka zebranych osób robi co im się podoba. Podrywają, piją, ćpają, palą i nie interesują się tym, co się dzieje na scenie. Członkowie składu dziwnie się czują, bo wiedzą, że wszyscy mają ich kompletnie w dupie. Robi im się bardzo smutno, dochodzi do nich, że ich acid jazzowa misja w takim miejscu nie jest mile widziana. Światełkiem nadziei jest jednak jeden koleś, który siedzi, sączy drinka i z zaciekawieniem słucha tego, co mają do przekazania. Pojawia się delikatny uśmiech na ich twarzach i zaczynają grać. Tylko dla niego. Tym człowiekiem byłem ja.

1% słuchaczy z tego klubu odnotowało istnienie zespołu. Ten procent obcował z historią pisaną na jego oczach.

Przenieście teraz całą sytuację z klubu na cały obraz polskiego społeczeństwa słuchaczy rapu. Zinterpretujcie to tak jak należy. Klub – Polska. Polacy – klubowicze. Tylko od was zależy czy chcecie znaleźć się razem ze mną w tym elitarnym jednoprocentowym gronie, które za kilka lat wspomni młodszym, że w Polsce dało się stworzyć dokładnie to samo, co robili Buckshot LeFonque, Dream Warriors, Mad Kap, Greg Osby czy Guru na Jazzmatazz. Wasz wybór, bo może i nie jest nas za dużo, ale to właśnie tacy jak my potrafimy powiedzieć, że będzie dobrze.

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

1 komentarz

Zostaw odpowiedź