Podsumowanie 2019: miejsca 20 – 11

Czas start. Moje ulubione płyty 2019 roku. Na pierwszy ogień idzie druga dziesiątka.

Wstęp do podsumowania tutaj. Wstęp do wstępu (masło maślane) w tym miejscu.

Zaczynamy.

20. Avi x Louis Villain Spis Dzieł Sycylijskich

Przyznam, że poprzednie dzieło Aviego i Louisa – Zbiór Pieśni Sycylijskich – przeszło u mnie kompletnie bokiem, wzruszałem ramionami. Zapamiętałem tylko świetne „Chateau” i to nie tylko dlatego, że jakiś czas temu ostawiłem piwo na rzecz wina. Dlatego też do Spisu… podchodziłem trochę jak pies do jeża (czy jakoś tak). Sprawdziłem z racji ówczesnego braku laku, bardziej z zawodowych obowiązków niż z własnej woli i… przeżyłem mały szok. To jest właśnie jedna z tych płyt, które słuchałem dla tekstów raperów, a nie beatów (chociaż i tym nie mogę nic zarzucić, bo Louis jest świetnym fachowcem, mimo że nic odkrywczego nie robi). Bardzo ujął mnie Avi, wręcz totalnie, i z miejsca stał się jednym z ulubionych polskich nawijaczy i gościem, którego sprawdzam każdą zwrotkę, bo mało kto poczynił w ostatnich miesiącach taki progres. Jedni z moich wygranych 2019 roku, więc kibicuję naprawdę mocno. Bardzo mocno.

19. Little Simz Grey Area

Nie wiem, kiedy doczekamy się w naszym kraju takich raperek jak Little Simz. Jedna Ryfa Ri to za mało, poza tym to zupełnie inna stylistyka, ale skoro robię sobie nadzieję… Zresztą nieważne. Dziwnym trafem ostatnio nie było mi za bardzo po drodze z rapem z wysp. Owszem, swoje zrobili AJ Tracey, Skepta (w ogóle czy tylko ja odnoszę wrażenie, że Ignorance is Bliss jest strasznie pominięte?) czy Stormzy, ale nie na tyle, żeby zdominowali moje playlisty. Na szczęście Grey Area, jedna z najważniejszych płyt gatunku w UK, wynagradza wiele i pozwala spojrzeć nie tylko na kobiecy rap, ale i całą brytyjską scenę inaczej. Lepiej. Przynajmniej tym, którym ciągle wydaje się, że specyficzny akcent jest niesłuchalny.

18. Inicjatywa Czarne Kreski

Siedziałem któregoś dnia w domu i leciały losowe numery na Spotify. Takie tam truskulowe pierdy i kawałki hołdujące czterem elementom niesłusznie ignorowane przez połowę gamoniady próbującej się w rapie. W pewnym momencie poleciał jeden numer Inicjatywy, nie pamiętam już nawet który. Sprawił jednak, że od razu postanowiłem sprawdzić Czarne Kreski. I był to wybór naprawdę dobry, bo takie zaskoczenia podobają mi się najbardziej. Dzieło Rane i spółki to jedna z najbardziej szczerych i autentycznych płyt 2019 roku. Osiedla, podwórka i klimat żywcem wyjęty z rodzimych produkcji z połowy lat 00’s. Może i teksty nie są najwyższych lotów, są idealnym środkiem – nie ma się czego wstydzić, ale nic też nie zapada na dłużej w pamięć, ale największą robotę robią beaty. Piękne sample, głęboki bas, bębny. Wow. Jak się okazuje, Trójmiasto ma nie tylko mainstream.

17. Donguralesko & Matheo Miłość, Szmaragd i Krokodyl

I co? I chujów sto, cytując samego Gurala. Już dawno żaden polski mixtape nie sprawił mi takiej radości, jak dzieło poznańskiego rapera nagrane wraz z Matheo. Tutaj się zgadza absolutnie wszystko – są bangery, w których przemycone zostały genialne wersy, beaty odpowiednio bujają, a DJ jest na swoim miejscu i udowadnia, że jest niezbędną instytucją. W klimat wpisuje się ekipa JWP, Kaczor z Dziadzią uprawiają tytułowy walczyk na beacie, a P.A.F.F. daje kozacki remix. Dziadzia Giovanni i Matheo Puccini znowu wygrali, zwłaszcza ten pierwszy, bo inny zeszłoroczny projekt – Latające Ryby – nie był już tak fajny. Ja tam wolę latające dywany i luźną formę, a w tym DGE jest mistrzem.

16. Miętha Audioportret

Z Audioportretem sprawa jest prosta. Jesienią, kiedy po pracy wracałem do domu, był to pierwszy wybór, który lądował w moim odtwarzaczu. Strasznie relaksująca płyta rapera, który może i ma niewiele ciekawego do powiedzenia, ale styl i flow są już totalnie w moich guście. Skip jednak nie byłby tak okazałym przypadkiem (a w pamięci mam jeszcze featuring u Ero, który był jednym z highlightów na mocnym przecież Elwisie Picasso), gdyby nie beaty AWGS-a, faceta, który chyba sam nie potrafi policzyć swojej liczby beattapów na Bandcampie. Forma taka jak u Pryksona – mocny chill, wspaniały relaks i pozycja, dzięki której Asfalt Records przypomniał swoje złote czasy. Niech się tworzy druga część, kibicuję mocno.

15. Jaromir Kamiński Powoli

Długo czekałem na ten projekt. Dwa lata temu mocno chwaliłem Fusy EP, bardzo lubię Pieczone Bataty EP (zwłaszcza przez remix „Joyful Dub” Eirwuda Mudwassera), jednak brakowało mi posmaku takiej bałtyckiej, broń Boże słowiańskiej, melancholii. Powoli Kamińskiego, tworzącego wraz z Bartoszem Kruczyńskim Ptaki, jest niczym odbicie w lustrze Ostatniego Dnia Lata jego kompana. Piękne sample, wyjątkowy klimat i te uczucie zaciągniętego przed chwilą świeżego powietrza. Ewentualnie zielonego dymu, bo do tego pełnograj Funkoffa również nadaje się idealnie. Wielka płyta i zapewne największa moja strata, bo cedeka nie kupiłem do tej pory. Ale co detoks, to detoks. Mam nadzieję, że za kilka tygodni Powoli będzie jeszcze dostępne…

14. Dzicy Glicz Please

Wielka szkoda. Nie tylko dlatego, że Glicz Please jest za zdecydowanie za krótkie, mimo że w swojej formule zamyka wszystko to, co najbardziej lubię w undergroundowym rapie, zwłaszcza w rodzimym wydaniu, ale i dlatego, że przeszło kompletnie niezauważone. Owszem, ktoś tam wspomniał o Igorilli i Bodziersie kilka miesięcy temu, widziałem jakieś pojedyncze wpisy w mediach społecznościowych, ale obawiam się, że nikt już o ich wspólnej EP-ce nie pamięta. A jest tu niezły raper, który płynie jak nakręcony po brudnych, pełnych chałupniczej magii beatach. Więcej tutaj.

13. Prykson Fisk x AWGS 100ner EP / 102ner EP

Zacznę od tej gorszej strony – 102ner EP w ogóle nie brałem pod uwagę przy moim podsumowaniu, chociaż otwierający „Piękny Dzień” to jeden z moich ulubionych numerów minionego roku. Jednak tego by nie było, gdyby nie część pierwsza, nagrana z AWGS-em. Jeszcze lepsza niż znakomite, mocno chwalone przeze mnie LoFi. Waga ciężka lekko wchodzącego rapu – nie tylko z konopiami, ale i zieloną herbatą, o czym sam ochoczo nawija gospodarz. A ten płynie po takich beatach jakby nigdy nic – wielki dosłownie i w przenośni, więc czekam na zapowiadany LP, bo formuła EP-ek chyba już się wyczerpuje. A przy okazji radzę przypomnieć sobie również mocne Flaj Łajz Renegatów Funku i Kuby Knapa.

12. Tuzza x Pvlace 808 Mafia Moon Mood EP

– Uwaga, frajerzy, mam ważny komunikat. Do kogo należy czarna Alfa Romeo, która blokuje wjazd dla mojej fury?
– Do kolegi. I do mnie.
– Możesz coś dla mnie zrobić, gogusiu? Przeparkuj wasz samochodzik.
– Tego akurat nie mogę dla ciebie zrobić. Ale mogę zrobić coś innego…

I zrobili. Pięcioma ciosami spuścili konkretny wpierdol i zaostrzyli apetyt na nadchodzący album długogrający. Moja Alfa też na nią zasłużyła. Więcej tutaj.

11. Future THE WIZRD

Jeszcze jakiś czas bym powiedział, że mainstream po 2010 roku to przede wszystkim Kendrick Lamar. (Nie)stety – moja optyka się zmieniła i na jedynce jest jednak Nayvadius DeMun Wilburn, czyli nie kto inny jak Future. A wszystko zmieniło się wraz z premierą THE WIZRD, najdoskonalszemu dziełu rapera z Atlanty oraz płycie, która udowadnia, że trap to nie tylko wsparte przez autotune puste słowa, losowo wypluwane do prostych, cykających i połamanych beatach od producentów z 808 w ksywce. Pośród luksusu, drogich samochodów i zegarków jest też ból, cierpienie i MC, który okazał się ofiarą własnego sukcesu. I z tym walczy. Mój klasyk na pewno. Czas pokaże, czy również gatunku. Wierzę, że tak.

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Zostaw odpowiedź