Podsumowanie 2016: 30-21

Międzynarodowe towarzystwo jest zawsze mile widziane, pod warunkiem, że nagrywa dobrą muzykę. Ta odsłona podsumowania jeszcze nie jest tak zróżnicowana, jakbym tego chciał, ale od czego będą dwie następne? Niemniej zbliżając się do końca zestawienia jestem pewien, że słabych pozycji tutaj nie uświadczycie w ogóle, a nawet jeśli to… Cóż zrobić.

30. Bruce Forest Naughty Boy Mix Better Day Classics

Przez długi czas myślałem, że najlepszym mixem, który dane było mi usłyszeć w 2016 roku było House of the Sinking Sun Coyote’ów, ale pomyliłem się. Najlepszym został ten, który usłyszałem najpóźniej, gdzieś tam popełniając po drodze błąd i non stop odkładając jego odsłuch na później.

O ile w przypadku brytyjskiego duetu główny nacisk został położony na balearic beat, to już Bruce Forest postarał się o wszystko to, co najbardziej lubię w muzyce tanecznej, tym bardziej że rozpoczął swoją podróż od beatu E2-E4 Manuela Gottschinga, a potem…

Imagination, Change, Sharon Brown, Jeffrey Osborne, Janet Jackson (w innym mixie – Deep Disha), Inner Life i wiele innych.

Trzygodzinny taneczny raj na ziemi z nieprzypadkowym tytułem. Imprezowe bossostwo, którego selekcji momentami nie da się opisać.

29. Average Rap Band El Sol

El Sol w zasadzie mógłbym zarzucić tylko jedną rzecz – na rynku pojawiło się trochę za wcześnie, bo marzec na taki materiał to chyba nienajlepsza pora. O tej australijskiej płycie więcej pisałem na Noisey i moje odczucia co do jej jakości nie zmieniły się w ogóle. Nic a nic.

Cytując samego siebie:

Choćbym bardzo chciał to jednak wad nie znajdę żadnych. Żadnych. Dla mnie debiutanckie LP (a przy okazji warto się zapoznać z zeszłoroczną epką Stream Of Nonsenseness) Average Rap Band jest najciekawszym z tych wszystkich albumów drugiego szeregu, o który postarali się kolesie, którzy nie silą się nie wiadomo na co, ale stawiają przede wszystkich na to, co w hip-hopie było kiedyś ważne, a powoli jest zapominane i spychane na bok. Naturalny luz. Cudo.

28. Jungle Brown Flight 314

Króciutkie Take 1 było takie sobie. Niby bardzo spoko, ale za dużo dobrego o pierwszej poważnej produkcji Jungle Brown powiedzieć nie można. Co innego z Flight 314, bo tutaj naprawdę zaczynają się dziać cuda. Dawno już nie słyszałem takiego materiału z Wysp, który w tak dobitny sposób przedstawiałby wartości Native Tongues.

Nazwa składu nie jest przypadkowa, bo oczywiście najwięcej naleciałości jest tutaj z luzu Jungle Brothers, chociaż fani De La Soul i A Tribe Called Quest też nie będą czuli się zawiedzeni. Krótko, treściwie i z odpowiednim pozytywnym pierdolnięciem, które zmusza wyczekiwać pełnoprawnego debiutu w dużej wytwórni. Jak z tym będzie? Tego nie wiem, ale dobrze by było, gdyby zainteresował się tym np. Peterson i dał im szansę w swoim Brownswood. Przydałby się temu labelowi taki ruch.

27. Ayala Astrophase

Dobra, dobra, do rozwiązania konkursu usiądę w ten weekend, bo nie miałem czasu się tym zająć, a i jak pojadę do rodzinnego domu to zabiorę winyl dla zwycięzcy. Wybaczcie, ale warto poczekać, tym bardziej że jest to zeszłoroczna czołówka nie tylko polskiego hip-hopu, ale polskich płyt w ogóle. Takie to mocne.

PS

Trochę lajków wam wpadło, co?

26. Emapea Seeds, Roots & Fruits

Kurde, nie pamiętam jak to już z Emapeą było, ale czy to nie ja byłem tym pierwszy, który zaczął o tym pisać? No nie wiem, nie chce mi się teraz szukać, kombinować, wymyślać itd., bo tego pewien jestem co do Incognito, niemniej…

Dziwne, że nikt w Polsce się tym nie zainteresował. Amerykańskie Cold Busted to nie są ogórki, a Vitamin D naprawdę konkretnie prowadzi wytwórnię i gówna do niej nie bierze. Cały poprzedni rok mieli bardzo udany, ale wierzcie mi, że najlepszym albumem przez nich wydanym jest Seeds, Roots & Fruits, które zdobyło uznanie „tam gdzie trzeba”.

Wielka płyta kompletnie nieznanej postaci.

25. Wytwórnie, którym zaufałem, i które odwdzięczyły mi się dobrymi płytami

Które labele mnie w tym roku w ogóle nie zawiodły? Było ich kilka. GAD Records i Queen Size Records z tych polskich to absolutne jedynki. O Father and Son Records and Tapes, UKnowMe i Transatlantyku też można powiedzieć wiele dobrego, podobnie jak rozkręcającym się powoli Astigmatic Records.

Zagranicą królują HiPPNOTT Kevina Nottinghama, które obecnie jest dla mnie hip-hopowym gwarantem jakości (no może jeszcze od biedy Jakarta Records), ale poza rapem bardzo dużo dały mi Awesome Tapes From Africa, Brownswood, Is It Balearic?, On The Corner, Soul Jazz, Aficionado, Analog Africa, Frotee, Strut, International Feel Recordings i Ace Records. Co płyta to lepsza.

24. Ka Honor Killed the Samurai

Za raperem z Brooklynu, a konkretnie z Bronsville, zawsze miałem ten problem, że nie do końca potrafiłem zrozumieć jego jazdy. Tym razem jest zupełnie inaczej, bo Honor Killed the Samurai wchłonęło mnie od samego początku. Jak dla mnie to zdecydowanie najlepszy brudny underground minionego roku i jego najlepsza produkcja w ogóle. Mało tego – ten krótki longplay sprawił, że zacząłem na nowo poznawać jego poprzednie dzieła i… złapałem bakcyla.

To już nie są żarty – czołowa postać ostatnich lat w nowojorskim podziemiu, a jak ktoś mi powie, że nie jest to wielkie osiągnięcie patrząc na współczesną kondycję tamtejszej sceny to się doigra.

23. Juan Atkins & Moritz Von Oswald Juan Atkins & Moritz Von Oswald Present Borderland: Transport

Dwie legendy techno nagrywają wspólny album, który miecie od samego początku. Nie słyszałem lepszej „techniawy” w minionym roku, a takich płyt trochę wpadło w moje ręce. Zachęcony recenzjami, opiniami znajomych i okładką postanowiłem sprawdzić album w akcji i… trochę zaniemówiłem. Dokładnie tak samo, jak wtedy, kiedy po raz pierwszy w życiu słyszałem atkinsowe Deep Space. Lepszej rekomendacji nie trzeba, a i odnoszę wrażenie, że ta kombinacja Detroit + Hamburg jest jeszcze lepsza od Model 500.

22. VA Space Echo: The Mystery Behind the Cosmic Sound of Cabo Verde Finally Revealed!

Istnieje sobie taki niemiecki label, który raz za razem wydaje genialne płyty. Nie wiem ile dokładnie pozycji liczy ich katalog, ale z tych wszystkich kilkudziesięciu naprawdę ciężko jest znaleźć „tylko dobrą”.

Na niewyobrażalny level Analog Africa wzniosło się w maju wydając Space Echo: The Mystery Behind the Cosmic Sound of Cabo Verde Finally Revealed!, czyli kompilację utworów nagranych na Wyspach Zielonego Przylądka. Do końca nie wiadomo do jakiego gatunku te kilkanaście fantastycznych piosenek należy przypisać, ale patrząc na kosmiczną okładkę można być pewnym tylko jednego.

Poziom tych utworów jest właśnie kosmiczny. Ta protoelektronika wymieszana z afrobeatem, latynoskim jazzem i Bóg wie czym tam jeszcze rodzi ciekawą refleksję. Ile to genialnej muzyki spoza „muzycznego państwowego mainstreamu” nie znamy. Dzi

21. Bitamina C + Plac Zabaw na winylu

C polubiłem w zasadzie od razu, ale moja sympatia do tego materiału nabierała mocy wraz z każdym odsłuchem. Nie jest aż tak dobrze, jak na Placu Zabaw, ale poziom zaprezentowany tam przez Vito (wpiszcie sobie jego dowolny alias tutaj) i spółkę jest nieosiągalny dla konkurencji, a jeśli już to tylko dla garstki.

I o ile w przypadku zeszłorocznego dzieła można jeszcze dyskutować, to polemiki nie ma w przypadku Placu Zabaw, które doczekało się w końcu fizycznego wydania na winylu i na kompakcie. Astigmatic Records chyba nie mogło lepiej zacząć.

Wstęp

150-101

100-51

50-31

20-11

10-1

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

4 komentarze

Zostaw odpowiedź