Podsumowanie 2016: 20-11

Kolejna dziesiątka, która sprawiła mi ogromny ból głowy. Boli to, że wiele z tych pozycji nie znalazło się w finałowej dziesiątce, ale ktoś musiał odpaść. Kolejne międzynarodowe towarzystwo, które dostarczyło mi tak naprawdę wrażeń na wiele lat, a kilka z poniższych pozycji w pewien sposób wpłynęło na moje życie. W różny sposób, ale kto wie, czy za kilka lat nie okaże się, że były kluczowe w kilku kontekstach.

20. Young Thug Jeffery

Pozwólcie, że w tym przypadku nie będę za dużo pisał i mówił, bo i tak znajdą się osoby, które nie będą mi wierzyć.

.

.

.

Jeffery jest wielkie.

19. VA Venezuela 70 – Cosmic Visions Of A Latin American Earth – Venezuelan Experimental Rock In The 1970’s

Soul Jazz Records lubi sobie ze mną pogrywać. Wystarczy, że tylko zobaczyłem ten tytuł i wiedziałem, że muszę tego posłuchać. Muszę to mieć. Muszę w końcu wydać na to swoje pieniądze.

Psychodeliczne i eksperymentalne rockowe nagrania z Wenezueli, czyli onda nueva, z kilkoma smaczkami o jakich zawsze marzyli np. Flaming Lips.

Na zachętę koniecznie radzę sprawdzić „Dame De Comer” Miguela Angela Fustera. Nie wiem czy słyszałem bardziej frywolny numer w zeszłym roku, który imponuje przede wszystkim bardzo zgrabnym mostkiem.

18. Ahmed Malek Musique Originale de Films

Długo nad tym myślałem…

Zastanawiałem się, czy na pewno to nie jest mój ulubiony jazz 2016 roku, ale nie, jednak nie. Znalazło się coś lepszego i coś, co totalnie wywróciło mój światopogląd na temat gatunku. Znaczy nie, wróć. Sprawiło, że wróciłem do niego na nowo. Pokochałem go na nowo tak samo, jak kiedyś.

Wiecie kim jest Fadoul? To taki marokański James Brown, check jego „Sid Redad”. Tak mówią. Berlińskie Habibi Funk, czyli jeden z „oddziałów” Jakarta Records zajmujący się muzyką z arabskich kręgów, wypuścił w 2015 roku jego krążek Al Zman Saib, który zrobił furorę. No tak, wszystko zajebiście, ale te darcie mordy (zwłaszcza w „La Tiq Tiq Latiq”) nie do końca mnie przekonało, ale będąc któregoś razu w SideOne bardzo poważnie zastanawiałem się nad zakupem. Wątpliwości co do zakupu innej płyty z tej wytwórni nie miałem żadnych. Mowa o Musique Originale de Films Ahmeda Maleka.

Jannis Strutz z Habibi Funk:

I still remember the first time I heard Ahmed Malek. It was 2012. Back then I didn’t know much about Arabic music, but I was about to leave Berlin for a couple of weeks to go to Tunisia. I was working as a project manager for a music recoding session which ended up being released by Jakarta Records as the „Sawtuha” release. I knew I would have some time off during my stay and I was certain that I would dedicate some of this time to diggin. I asked some people whether they knew of any titles that I should look for. Roskow, who also ended up re-mastering this release, told me about an Algerian composer called Ahmed Malek whose music was also released in Tunisia.

Jazz z Algierii, który pojawił się na rynku m.in. dzięki zgodzie rodziny kompozytora. Nie wyobrażam sobie teraz sytuacji, żeby odmówili. To po prostu nie mogło by się stać. Ta muzyka jest zbyt piękna, zbyt esencjonalna, żeby nie dane było mi i kilku zapaleńcom jej usłyszeć. Kompozycje z kilku filmów, w których palce maczał Malek to jeden z najbardziej rasowych cool jazzów ever, a przynajmniej z tych, które słyszałem.

A słyszałem ich dużo.

Wielka płyta jeszcze większej postaci i być może najlepiej wydane pieniądze na jakikolwiek cedek w zeszłym roku. Wow.

17. DJ-Kicks wróciło na chwilę do formy

11 listopada 2016 roku wpadł do mnie do Warszawy mój serdeczny człowiek sZuLc. Jak to faceci – spędziliśmy wieczór zasłuchując się w dobrą muzykę, od Sprinklesa po świeżutkie A Tribe Called Quest, oczywiście sącząc to i owo, rozmawiając o kobietach i innych życiowych sprawach. Bez sportu, bo on się nie zna, ale są i tacy, nie przeszkadza mi to przecież.

W pewnym momencie w rozmowie został poruszony temat serii DJ-Kicks. Stwierdziliśmy, że to już nie to co kiedyś i jest raczej średnio, ale ostatnio K7 się postarało naprawić swój wizerunek zapraszając Moodymanna i Dam-Funka do tego przedsięwzięcia. Wyszło więcej niż genialne. Śmiem nawet twierdzić, że ponadczasowo. Powód jest prosty.

Zarówno jeden jak i drugi zaprezentowali to, za co się ich kocha. Za gust, poczucie swojej wartości i umiejętność dokonywania dobrej selekcji. Dokładnie tak samo, jak na swoich płytach.

Moodymann – kosmiczna wycieczka od alternatywnego jazzy hip-hopu, przez najbardziej rasowy deep house, aż po współczesny jazz. Nie przyjmuję już tekstów w stylu, że w miksie mogły być lepsze przejścia. Sorry, ale ja doznaję.

Dam-Funk? Boogie, deep house (z IDEALNIE wkomponowanym Geminim z „Log In”), syntetyczny funk. Nie no, chyba jeszcze lepiej.

16. „Wax Poetics” #65

„Wax Poetics”, czyli dwa słowa, na które trafia w pewnym momencie każdy, kto interesuje się czarną muzyką. Owszem, to już nie jest to samo co kiedyś, bo trochę średnio to wygląda, że co druga strona magazynu jest reklamą, ale…

65 numer jest czymś więcej. Pierwsza okładka – A Tribe Called Quest. Druga – David Bowie.

Jakość tekstów jak zwykle znakomita, ale tematyka która się tu pojawiła zwaliła mnie z nóg, nie tylko ze względu na przywołanych już bohaterów. Dawno nie czytałem dobrego tekstu o norther soulu, a tutaj się taki znalazł. No siema, casuale.

Dornik, Esperanza Spalding, Aloha Got Soul, Anderson .Paak… Plus ten Prince na samym końcu…

Najlepszy numer od 2006 roku, czyli od czasów innego mojego ulubieńca, czyli słynnej #19.

15. VA Sky Girl

Do końca życia nie zapomnę momentu, kiedy po raz pierwszy usłyszałem „Sarrę” Garry’ego Davenporta.

Scott Sesking:

People who are sort of more the outcasts of society tend to tell it like it is.

Na chwilę zaniemówiłem. Nie wiedziałem co powiedzieć.

Takich kawałków jak „Sarra” jest na Sky Girl co najmniej kilka. Kompilacja, za którą odpowiadają Julien Dechery oraz DJ Sundae to zbiór utworów nagranych pomiędzy 1961 a 1991 rokiem. Totalny misz-masz gatunkowy mający tylko jeden mianownik. Doskonałość każdej z wyselekcjonowanych piosenek.

Efficient Space o składance:

Sky Girl is a mysteriously unshakeable companion, a deeply melancholic and sentimental journey through folk-pop, new wave and art music micro presses that span 1961-1991. A seemingly disparate suite of selections of forgotten fables by more or less neverknowns, Sky Girl forms a beautifully coherent and utterly sublime whole deftly compiled by French collectors DJ Sundae and Julien Dechery.

Nie zwlekałbym z zakupem. Zaraz może tego nie być, a z tego co wiem, to australijskie Efficient Space nie będzie garnęło się do reedycji, tym bardziej, że na horyzoncie Oz Waves: Compiled by Steele Bonus.

14. Ucieczka z Kolonii s/t

Dumny jestem z tego, że słyszałem to prawdopodobnie jako pierwszy dziennikarz/bloger/krytyk/menda w Polsce. Heh, a nawet nie „prawdopodobnie”.

Roszja i Magiera musieli to zrobić i udało im się z nawiązką. Jakby tego było mało to życiówkę zaliczył Kościey, a i Jot wzniósł się na swoje wyżyny.

Queen Size Records – wy nie jesteście wielcy. Wy jesteście w Polsce najwięksi.

13. VA Beauty: A Journey Through Jeremy Underground’s Collection

Wiecie co chciałbym kiedyś zrobić? Stworzyłbym kilka mixów, które nie dość, że byłyby na maksa zajebiste to na dodatek pokazywałyby część mojej kolekcji. Takie mniej znane rzeczy, których w zasadzie nigdzie nie ma. Coś, co zrobił Jeremy Underground.

Spacetalk tak to zachwala na Bandcampie:

Amongst its’ 15 tracks you’ll find the Creative Arts Ensemble’s spiritual soul-jazz gem „Unity”, the samba sunshine of Leila Pinheiro, the folksy, Latin-tinged breeziness of Ron Rinadli’s „Mexican Summer”, and the dewy-eyed, late night soul of Nu-Cleus’s ridiculously hard-to-find „Needing A Woman”.

The beating heart of the compilation, though, is a selection of heady, heart-warming cuts that blur the boundaries between Philly soul, disco, jazz-funk and boogie. These include the sparkling, synth-laden 1981 boogie of „Do Your Own Dance” by Shades Of Love (whose members included future ’80s soul/disco star Meli’sa Morgan), the jazz-funk inspired library grooves of Christer Norden’s „Lay Back”, and the smooth, post-boogie soul of Richardi Mac’s superb „Told You So”. Oh, and „Let Love Flow” by Jamaican singer Sonya Spence, a deliciously sweet and loved-up disco-soul shuffler infused with the distinctive swing of the Caribbean.

Zachęceni opisem? W środku jest jeszcze lepiej, a klimat najlepiej oddaje okładka albumu. Nie wiem czy przydarzyło mi się co bardziej ciepłego w muzyce ostatnio. Drogie, bardzo drogie, ale to nieistotne, bo jest zwyczajnie bezcenne.

12. Rae Sremmurd „Black Beatles (feat. Gucci Mane)”

Najlepszy hip-hopowy singiel minionego roku i elooo. Jeśli twierdzicie inaczej, to proszę znajdźcie mi lepszy refren, lepszą kopalnię hooków i lepsze cokolwiek. Da radę? Wątpię.

11. Andrzej Korzyński Akademia Pana Kleksa

Kolejna muzyka filmowa i kolejna, która totalnie zmienia rzeczywistość i percepcję jej odbioru. O ile „natywny” OST był dobry, a nawet miał kilka super momentów (w tym jeden, przy którym zawsze płaczę, jak na prawdziwego faceta przystało), to jednak te nigdy nie opublikowane wcześniej arażnżacje wymiatają totalnie. Wierzcie mi, ale jest tutaj kilka momentów krystalicznie czystego absolutu, którego nie da się opisać, a pewien ważny dla mnie utwór nabiera zupełnie nowego wymiaru. Więcej na Noisey.

Pozostaje się tylko modlić, żeby pan Andrzej jeszcze raz odkrył swoje archiwa i wypuścił kilka swoich pereł, których nikt oprócz niego nie słyszał. Wiem, że takie rzeczy ma, sam mi to powiedział, jak spotkaliśmy się pewnego dnia na kawie. I wiecie co? Ja mu wierzę, tak samo jak w to, że są co najmniej tak samo dobre jak te kilkanaście indeksów z pogranicza jazzu, synth funku, prog rocka i… ambientu.

Niewyobrażalnie pięknie.

Wstęp

150-101

100-51

50-31

30-21

10-1

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

4 komentarze

Zostaw odpowiedź