Podsumowanie 2016: 10-1

Crème de la crème. Le grande finale. Wielki finał. 10 najważniejszych płyt i wydarzeń 2016 roku. Chyba nic lepszego od tej dychy mnie nie spotkało w muzyce, w życiu i w futbolu. Czy był to lepszy rok od poprzedniego? Muzycznie nie, raczej nie. W życiu? Nie wiem, wymaga kilku głębszych, nie tylko przemyśleń. W piłce? Nędzne Euro? Nigga, please. Można dyskutować nad kolejnością, nad samymi wyborami, nad wieloma innymi rzeczami, ale poniższe indeksy nie są przypadkowe, bo raczej lepsze rzeczy mnie nie spotkały. Zaczynajmy.

10. Kaz Bałagane Radio Gruz

Choćbym bardzo się postarał to nie będę w stanie sobie przypomnieć TAKIEJ postaci w polskim rapie. Charyzmatycznej, utalentowanej i wykorzystującej w pełni swój potencjał.

Z Radiem Gruz jest tylko jeden problem. To właśnie ten materiał, a nie Źródło, powinien pojawić się na legalu. Więcej na Noisey.

Burackie wersy? Jasne, że są, ale przecież niektórym zdarzało się „bić kijami pamięci po plecach”, więc z dwojga złego wolę linijki Bałagane, które jednak mają w sobie mnóstwo uroku. Instant classic.

9. VA Doing It in Lagos: Boogie, Pop & Disco in 1980s Nigeria

Najbardziej roztańczona afrykańska płyta, jaką słyszałem w życiu. Co ciekawe – z dala od afrobeatu i highlife’u. Jak sam tytuł wskazuje to przez kilkadziesiąt minut obcujemy z boskim boogie oraz disco. Takim, którego nie powstydziliby się najwięksi ówczesnych czasów, łącznie z Michaelem Jacksonem.

Soundway Records rzecze:

Soundway Records present a new compilation of twenty one rare and mostly unavailable tracks from the slick and sassy world of Nigerian pop music and club culture of the early 1980s. Buoyed by an explosive oil boom and a return to democracy after a series of military dictatorships, Nigeria’s economy in the years of the early ‘80’s was mirrored by its recording industry as countless young artists and groups hit the airwaves and dancefloors of the capital and beyond. It was a glossy, brash new form of pop music born out of ashes of late 1970s disco and funk and, just as in America, was the soundtrack to a new generation for whom money, style and flirtation trumped the overblown psychedelia of the previous decade. Eager to sound as American as possible with no hint of the fervour for afro-beat, afro-rock and afrocentric thinking that the 1970s had thrown up, a new generation of young artists and performers turned their backs on their cultural roots in music and sought a new kind of stardom and fame firmly connected to the glossy, snazzy world of the 1980s that was erupting in the USA and Europe. The 1970s flares and cuban heels began to disappear, in their place came sleek suits, rolled-up sleeves, bow-ties, jumpsuits, leather jackets, greased hair and a firm nod in the stylistic direction of Michael Jackson.

Jakieś pytania?

8. Spear-Oh Asthmatic Tape + Winter Tape

Trochę niedobrze mi się robi, jak słucham tych wszystkim beatmakerów udających lata 90. Sorry, ale jak będę chciał posłuchać muzyki z tamtych czasów to posłucham muzyki z 1996 roku, a nie z 2014 wmawiającej mi, że obcuję z połową wspomnianej dekady. Hołd? Jaki hołd?

Lubię natomiast tych, którzy wnoszą trochę współczesności do swoich produkcji. Obracając się tylko na tym całym polskim poletku pierwszymi ksywkami, które przychodzą mi na myśl są Zone, Pers i Spear-Oh. Ten ostatni zadał mi dwa ciosy, po których nie jestem w stanie się pozbierać.

O ile Winter Tape jest znakomity, ale może podlegać jeszcze polemice, to już Asthmatic Tape jest… Nie wiem jak to nazwać, bo nie chciałbym przegiąć, ale ten beattape to chyba najciekawsza rzecz, jaka mnie spotkała z tej stylistyki w ostatnich miesiącach. Wyjątkowości dodaje gościnny występ Vito, który sam wymiata po całości, nie mówiąc już o gospodarzu, którego wizja tworzenia takiej muzyki jest tą, która w tej konwencji najbardziej mi odpowiada.

Beattape marzeń? Nie, stanowczo nie, ale przychodzi mi coś innego na myśl. William Masters i Virginia Eshelman Johnson określili kiedyś cztery fazy i reakcje emocjonalne podczas seksu. Niech będzie ta druga, plateau, i jesteśmy kwita.

7. Al Dobson Jr. Rye Lane Volume II & III

J Dilla, Theo Parrish, Mr. Fingers, Fela Kuti, Amon Tobin, David Byrne, Brian Eno, Madlib, Kanye West, J Boogie, Just Blaze, DJ Quik, Rick Wilhite, Moodymann, Nile Rodgers.

Londyn, Nowy Jork, Detroit, Damaszek, Casablanca, Tokio.

Broken beat, deep house, world music, hip-hop, downtempo, trip hop.

6. Koniec The Very Polish Cut Outs i Ptaków

Moja najfajniejsza i najmilej wspominana impreza zeszłego roku to pożegnalny koncert The Very Polish Cut Outs, który miał miejsce w warszawskiej Kulturalnej na początku grudnia. Gdzieś tam w środku głowy podczas tańca kręciła się ta świadomość, że to już koniec. Specyficzna myśl, że już nie będzie niczego.

Konfrontując ze sobą dwie, jakże odległe od siebie rzeczy, czyli smutek i radość, wychodzi na jaw, że czegoś takiego w polskiej muzyce nie było jeszcze nigdy. Owszem, będzie coś podobnego, bo cały czas podobnych editów jest mnóstwo, a nowe pojawiają się jak grzyby po deszczu (tak jak te wszystkie elektropopowe przeraźliwie nudne zespoły), ale pamiętajcie o jednym. Oni to wszystko zaczęli, a już najwyższy poziom „ze środka” inicjatywy Kapsy i Zambona osiągnęli Ptaki.

Ich też już nie będzie, przynajmniej w takiej formule, w jakiej ich wszyscy znamy. Każdy poszedł swoją drogą, ale może to i lepiej? Nie wiadomo czy udałoby im się przeskoczyć swoje najlepsze numery, chociaż solowe numery Phantoma i Jaromira każą myśleć zupełnie inaczej.

Boli.

Bardzo boli, ale dziękuję za te lata, które pozwalały odkrywać polską muzykę na nowo.

5. Jerzy Milian Rivalen

Polski jazz to temat rzeka. Materiał na kilka książek, ale każda z nich byłaby niekompletna bez tej pozycji.

Czy Rivalen jest największym osiągnięciem Jerzego Miliana? Tego nie wiem, ale śmiem twierdzić, że tak. To tutaj dzieje się prawdopodobnie u niego najwięcej. Big bandy spotykają się z delikatnymi solowymi partiami, tutaj łamią się schematy, tutaj być może swoje apogeum osiągają jego kompozycje. Specyficzne, bo stworzone do kilku baletów Conrada Drzewieckiego.

GAD Records znowu to zrobił.

4. Mr. Fingers Outer Acid EP

Zeszłoroczna wiosna będzie mi się kojarzyć tylko z tą epką. Nie dość, że jest to najlepszy materiał Hearda od 1992 roku, czyli od wydania Introduction, to w dodatku jeden z najlepszych z muzyką domową ostatnich lat.

Mr. Fingers w raptem czterech numerach zawarł wszystko to, z czego był znany od zawsze, poza tym wspiął się na nieosiągalny poziom dla tych, którzy uczyli się robienia muzyki właśnie od niego. Każdy kawałek to osobna historia, każdy prezentuje jego inne oblicze, ale wszystko łączy jedno.

Ponadczasowość.

3. A Tribe Called Quest We Got it From Here… Thank You 4 Your Service

Które to było miejsce, bo już nie pamiętam? Okej, widzę – 86. Okłamałem was. Zobaczcie co tam jest napisane: „zasługuje to na drugie, trzecie albo czwarte miejsce”. U mnie zasługuje na trzecie, a powodów jest co najmniej kilka, ale zanim do nich przejdę to napiszę, co tak naprawdę jest u mnie na tamtym miejscu.

Możecie sobie wybrać z trzech pozycji:

Ta pierwsza – świetny powrót MŁD z nieziemskich beatach Aruzo.

Ta druga – konsekwentny rozwój Szatta, który powoli staje się jednym z moich ulubionych polskich producentów.

Ta trzecia – płyta, do której się dojrzewa. Ja musiałem.

Możecie sobie sami wybrać, możecie właśnie w taki sposób delikatnie ingerować w moje zestawienie, ale przechodząc do rzeczy.

Z pożegnalnym albumem Trajbów jest tak, że jego premiera zbiegła się z jednymi z najważniejszych momentów w moim życiu. To z nimi przyzwyczajałem się do nowego miejsca zamieszkania. To wraz z Q-Tipem i spółką spełniłem marzenia debiutując w radiowej Trójce i wraz z Hirkiem Wroną jako pierwsi na świecie (!) puszczaliśmy w „Soul Muzyka Duszy” numery z We Got it From Here… Thank You 4 Your Service. Recenzją albumu debiutowałem na łamach Interii. Z Calakiem, Rafałem Samborskim i Piotrkiem Dobrym przygotowaliśmy kilka obszernych artykułów na temat płyty na moim ukochanym Noisey. Dużo się działo.

To nie jest idealna płyta, ale jest ona najczęściej słuchaną przeze mnie w 2016 roku. Bałem się jej, bardzo, ale okazało się to bezpodstawne.

2. Dip In The Pool „On Retinae”

Była mniej więcej połowa września. Mieszkałem jeszcze w Płocku, trochę sobie rowerowałem po okolicy i słuchałem Prefab Sprout. W ogóle w zeszłym roku bardzo dużo słuchałem sophisti popu, a jego druga połowa została niemalże zdominowana przez ten śliczny gatunek i kilka płyt, na które ochoczo wydawałem swoje pieniądze. Było tego trochę, a może nawet więcej niż trochę. Pieniądze nie są tutaj najważniejsze. Pasja zawsze wygrywa. Zawsze zwycięża.

O tym jak ważny jest dla mnie Test Pressing wspominałem niejednokrotnie. Któregoś razu z nudów dodałem sobie ich playlisty na Spotify do obserwowanych. Było to ich podsumowanie roku. Takie tam, sami wiecie: najlepsze płyty, kawałki i coś tam jeszcze. Wśród nich czaiła się też taka, które była zbiorem najlepszych kompilacji i reedycji 2016 roku, a jak już wspominałem to pod tym względem ostatnie 12 miesięcy było wielkie.

Gdzieś pośród wielu ciekawych rzeczy „zakopane” były dwie piosenki, o których nie miałem wcześniej pojęcia. One sobie gdzieś tam egzystowały obok, a ja jeszcze nie wiedziałem, że pewnego dnia wywrócą moje zycie do góry nogami.

Od dawna powtarzam, że moja żelazna trójka ulubionych kawałków wszech czasów jest niezmienna. Nie potrafię podać ich w kolejności, ale są to „Small Cry” Crystal Waters, „One in a Million” Aaliyah oraz „Maybe You” Say Lou Lou. Teraz bardzo poważnie się zastanawiam, czy przypadkiem nie muszę zmienić całkowicie oblicza tej trójki, bo japoński duet Dip In The Pool totalnie, ale to totalnie zmienił mój tok myślenia.

Nagrali to w 1989 roku. Pojawiło się to nawet na promocyjnym dwunastocalowym singlu w Hong-Kongu (!) w nakładzie 50 sztuk (!!!). Biały kruk, rarytas, nie wiadomo co jeszcze. Sami spróbujcie to najlepiej określić. Jasne, że ten numer znalazł się potem na ich płycie, ale ona jest nieważna. Liczy się tylko i wyłącznie ta piosenka, która w 2016 roku została „wznowiona” przez holenderski label Music From Memory.

Ten rozmarzony sophisti pop stworzony (tak, w tym przypadku STWORZONY) przez Tatsjui Kimurę i Miyako Kodę nie jest zwykłym utworem. Jest dowodem dążenia do perfekcji, którą po wielu latach prób można osiągnąć w raptem trochę ponad 5 minutach. 5 minutach krystalicznego i esencjonalnego piękna, którego momentami jest nie sposób opisać.

Zastanawiałem się czy nie rozbijać tego utworu na części pierwsze? Czy przypadkiem nie opisać perfekcyjnego śpiewu Kody i gładkiej produkcji Kimury. Czy nie zająć się pomocą Yasuakiego Shimizu, ale po co? Jestem zbyt mały, żeby to zrobić, bo kilka dni słuchania z rzędu tylko jednej piosenki w dwóch wersjach językowych, angielskiej i japońskiej, zmieniło wszystko. Wszystko w moim pojmowaniu muzyki, w istocie jej istnienia, jej bytu w ogóle.

Wiecie co w tym wszystkim jest najlepsze? Wiecie co w życiu jest w ogóle najlepsze? To, że z pozoru najprostsze i najzwyklejsze rzeczy takie są. Tak samo jak „On Retinae”, jedno z najwybitniejszych osiągnieć w historii muzyki w ogóle.

1. 2016

Wstęp

150-101

100-51

50-31

30-21

20-11

Zdjęcie/photo: „Rollercoaster” by Daniel Zimmel via flickr.com CC

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

1 komentarz

Zostaw odpowiedź