Pályaudvar – dzień pierwszy

DSCN1134

Swoją podróż zacząłem tak naprawdę w niedzielę.

Nie wiem ile razy w życiu jechałem pociągiem. Może 10? Może 15? Każde moje wspomnienia z podróży tym środkiem lokomocji są jak najbardziej pozytywne. Nie inaczej będzie tym razem.

Niedzielnym rankiem wyjechałem ze swojego miasta – Płocka – do stolicy specjalnie po bilet. Trochę z nudów, trochę żeby sobie zacząć wszystko ogarniać i chyba najbardziej po to, żeby spędzić trochę czasu ze swoim ojcem, z którym nie widuję się tak często jakbym chciał. Jego dwuletnia emigracja daje się we znaki i jest tęskno, czasami nawet bardzo. Mój wyjazd do Budapesztu jest też swego rodzaju odskocznią od tego wszystkiego co widzę i co mam na co dzień. Nie mogę narzekać, staram się fajnie żyć, ale muszę raz na jakiś czas pobyć sam w spokoju, z dala od wszystkiego. Stolica Węgier jest dla mnie idealnym miejscem dla relaksu, refleksji, inspiracji i poszukiwań.

Będąc już na miejscu w Warszawie, na Dworcu Centralnym, pewnym krokiem udałem się po bilet. Przygotowany byłem na wydatek rzędu prawie 600 zł, jak to uprzejmie poinformowała mnie pani dzień wcześniej przez telefon. Strasznie wysoka cena jak na taki przejazd (co prawda w dwie strony, ale to dalej 6 stów za tak średni dystans), ale pewien miły pan z Intercity przypadkiem uratował mi skórę i zaproponował ofertę, w której cena biletu wyniosła 224 zł. Warunek był jeden – nie mogłem jechać nazajutrz, czyli w poniedziałek wieczorem jak to miałem wstępnie zaplanowane, ale co najmniej w środę rano. Trzydniowe (i większe) wyprzedzenie daje specjalny rabat, o którym nie miałem pojęcia.

Natychmiast wykonałem telefon do Budapesztu, do swojego hostelu i nie mogąc za bardzo się dogadać z niejaką Reką, musiałem wysłać jej maila. Termin mojego pobytu zmienił się nieznacznie, pierwotnie miał trwać do piątku, ale po tych wszystkich zagwozdkach zostaję jeden dzień dłużej. Jeden z głównych celów, czyli mecz Ferencvarosu z Silemą Wanderers nie został zagrożony, problem mogę mieć jedynie, żeby zdążyć w środę na swoją ukochaną Argentynę.

Dzień wcześniej poczyniłem przygotowania „duchowe” do wyjazdu. iPod został zapełniony w całości muzyką wszelaką – od klasycznych hip-hopowych i oldschoolowych kawałków, przez Schoolboya Q i Lil B aż po Beatlesów, Goldiego, Saint Etienne oraz kilka testpressingowych mixów, o których szerzej pisałem tutaj. Nie mogło zabraknąć oczywiście jakiejś książki i mój wybór padł na najnowsze dzieło Krzysztofa Vargi pt. Czardasz z Mangalicą (w której to na samym końcu w podziękowaniach pojawiło się nazwisko pana Jerzego Celichowskiego, który trochę mi pomógł w wyjeździe, a którego wy możecie znać z tego bloga).

Czarne okładki swoich książek zawsze ma świetne. Nie inaczej jest tym razem. Treść też się zapowiada nieźle, ale... O tym może kiedy indziej
Czarne okładki swoich książek zawsze ma świetne. Nie inaczej jest tym razem. Treść też się zapowiada nieźle, ale… O tym może kiedy indziej

Wstałem bardzo wcześnie rano, ok. godziny 5. Mocno zmęczony ruszyłem w podróż do stolicy, a następnie do Budapesztu. Towarzystwo w przedziale trafiło mi się co niemiara: młody człowiek notorycznie śpiący lub rysujący długopisem dziwne komiksy, młoda dama w gigantycznych słuchawkach oglądająca filmy na swoim czarnym, aczkolwiek starym i mocno wysłużonym Macu oraz sympatyczna, ale upierdliwa na dłuższą metę para staruszków wysiadająca na końcowej polskiej stacji w Zebrzydowicach. W międzyczasie w Katowicach do mojego przedziału weszło dwóch hipsterów z charakterystycznymi zielonymi opaskami, symbolizującymi pobyt na Openerze. W Ostrawie natomiast swoją obecnością zaszczycił mnie wytatuowany jegomość w odzieży sportowej, który lada moment sięgnął po książkę o jakże intrygującym tytule Kill Generation z jakimś czeskim podtytułem…

W głowie mam tylko jedno – chcę zdążyć na mecz. Na dworcu Keleti miałem być ok. 20:30, ale niestety spóźniłem się o godzinę. Nawet specjalną koszulkę założyłem na tę okazję, mając nadzieję, że bokserki w kolorze pomarańczowym nie pokrzyżują planów Albicelestes. Nici z szybkiego prysznicu, nici z Drehera na mieście i nici z oglądania mundialu wśród Madziarów, ale…

Poznałem kolejne przepiękne węgierskie słowo – pályaudvar, co oznacza po prostu dworzec. Ładne, prawda? Przydałaby się jakaś ciepła strawa, ale wiecie, nie ma czasu – ten cholerny mecz, który koniec końców obejrzałem w gronie… Koreańczyków.

No i najważniejsza lekcja wczorajszego dnia: nie polecam nocnych spacerów samemu po węgierskiej stolicy o zmroku. Pełno bezdomnych, pewnej mniejszości, której miejscowi nie nazywają juz cyganami oraz nastoletnich prostytutek pilnowanych przez tę właśnie mniejszość. Podeszła do mnie jedna i łamanym angielskim z węgierskim akcentem zapytała: „szeks or blołdżob”. Kilka metrów od niej jacyś mlodociani alfonsi, którzy mieli ją na oku. Nocne żarcie słabe albo tak trafiłem. Idę spać. Azjaci też kimają.

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

2 komentarze

Zostaw odpowiedź