Nie rozumiem tutaj czegoś. 2014 Forest Hills Drive – recenzja

j cole forest

O, ten sam tok myślenia co Metacritic…

Niedawno spotkałem się z opinią, że 2014 jest najgorszym rocznikiem w historii rapu. Nie mogę się zgodzić, bo to twierdzenie trochę na wyrost, ale fakt jest taki, że jest naprawdę źle. I nie jest to przypadek, że w większości tylko „niezłe” płyty będą na czołowych lokatach w różnorakich rankingach i zestawieniach podsumowujących minione 12 miesięcy.

Oczywiście – mamy świetne drugie Run The Jewels, podobno niezłą Pinatę (nie słuchałem jeszcze, nie chce mi się) i z tych mniej znanych np. Afropolitan Dreams, ale umieszczanie 2014 Forest Hills Drive jest trochę nietaktem w stosunku do wymienionych wcześniej pozycji. Trzeba zjeść Snickersa i ochłonąć, chociaż…

Legalny debiut J. Cole’a jest dla mnie jedną z najbardziej przehajpowanych produkcji ostatnich lat. Jest przyzwoita i nic ponadto. Pokuszę się o stwierdzenie, że w 2011 roku, nie znalazłaby się nawet w moim osobistym top20, jeżeli chodzi o sam rap (chociaż wytłumaczeniem tutaj może być wielkość tego rocznika). Miałem, sprzedałem, zapomniałem. Bez żalu. Podziałała na mnie tak, że nie sprawdziłem jej następcy sprzed roku, dumnie nazwanego – Born Sinner. Tegoroczny album też tego nie sprawi, także w mojej znajomości dyskografii koleżki urodzonego w Niemczech pozostanie luka. Może to się zmieni z następną płytą?

Nie zaczął się ten tekst zbyt optymistycznie, wręcz przeciwnie, ale naprawdę uważam, że najnowsze dzieło J. Cole’a jest po prostu zwykłym, bardzo solidnym, rzemieślniczym dziełem z malutkimi przebłyskami. Takim też, na którym nie ma większych wad, ale też takim, które nie potrafi na dłużej przykuć mojej uwagi jako słuchacza. Zaczyna się naprawdę smakowicie, bo „Intro” to z całą pewnością jedno z moich ulubionych interludiów w tych 12 miesiącach. Bardzo dobrze też wypada „St. Tropez”, mimo że jest oparte na popularnym samplu Esther Phillips (co może trochę denerwować, że tak często jest stosowany już od kilkunastu lat. Więcej kreatywności). I to by było na tyle, przynajmniej dla mnie, bo w reszcie nie słyszę nic nadzwyczajnego.

Tekstowo nie znalazłem tutaj nic dla siebie, chociaż muszę powiedzieć, że gospodarz za majkiem radzi sobie całkiem nieźle. Jego charakterystyczna cecha – łączenie rapu ze śpiewem – wychodzi mu znakomicie i jest to pewna doza kreatywności w skostniałych ostatnich kilku mainstreamowych miesiącach. Produkcyjne też nic nadzwyczajnego, ale są bardzo równe i charakterystyczne dla Cole’a. I ciężko też, nie patrząc na creditsy, powiedzieć że swoje dorzucili także !llmind (podoba mi się kierunek rozwoju tej postaci, śledząc ją od połowy minionej dekady) i Willie B, którzy dali takie beaty, które idealnie pasują do stylu gospodarza.

Nie daję się nabrać na tezy słuchania od początku do końca. Nie daję się nabrać na teksty mówiące o rozwoju artystycznym. Tylko wiecie, paradoks 2014 Hills Drive polega na tym, że choćbym chciał, to nie mogę się do niczego na dłuższą metę przyczepić. Wszystko jest tak poprawne, że ciężko znaleźć jakiekolwiek większe przebłyski i większe wady. Fajnie się tego słucha, ale jako soundtrack w tle. Gdy się bardziej skupiam to wydaje mi się, że to wszystko już było. Takich płyt, o zbliżonych poziomie, wychodzi kilka rocznie, więc nie będzie problemem też zapomnieć o tym za kilka miesięcy, nie mówić już o latach.

Nie wypada mi nie podbić średniej oceny recenzentów wziętej z Metacritic – 68%. Jest to idealne podsumowanie najnowszej produkcji J. Cole’a. Produkcji, która jest spoko i nic ponadto. Większych wrażeń artystycznych poszukam gdzie indziej. Nawet w tym samym roczniku, a będzie to nietrudne, bo wybór zbyt wielki nie jest. Niemniej jednak pewno się z Jermainem jeszcze spotkamy w jakimś zestawieniu, ale to nie dzięki jemu, tylko słabości konkurencji.

7

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, pijarowiec, prowokator.
  • Jestem ciekaw jakie płyty masz na myśli mówiąc o kilku rocznie na poziomie zbliżonym do 2014 Forrest Hills Drive i to niekoniecznie z tego roku. Moim zdaniem to płyta wybija się wysoko ponad przeciętną, ale częściowo chyba rozumiem o co Ci chodzi. Na tej płycie jest wszystko idealnie poukładane, nie ma słabszych i gorszych momentów, jest na równym poziomie (dlatego najlepiej jej słuchać w całości), ale jak dla mnie, jest to wysoki poziom. Ale taki już urok J. Cole’a jednym to podchodzi, innym nie. Nie jest on tak zadziorny jak np. Kendrick Lamar (nawet w Fire Squad pazur nie jest tak ostry jak u K.Dota), jest bardziej „ułożony” (przez co niektórzy stwierdzą, że nudny), ale chwała mu za to! Podoba mi się to jak z obecnej sceny rapowej w stanach wyrastają różne style i J. Cole wchodzi z niej z własnym. Tak jak wracam do jego poprzednich płyt, tak będę wracał i do tej. Nie widzę kilku płyt rocznie na zbliżonym poziomie.

    • Wiesz, ja rozumiem ludzi, którzy cenią ten album, ale znam i rozumiem też tych, którzy go hejtują. W tym roku, oprócz dwóch wymienionych w tekście, lepsze były dla mnie PUTS, Logic, Schoolboy, więc już masz co najmniej 5 tylko ze Stanów. A dodaj do tego kilka polskich, naprawdę niezłych płyt i Cole ląduje daleko z tyłu. Nie wiem, może nawet Rootsi na dłuższą metę, ale musiałbym jeszcze do nich wrócić i sprawdzić, dlatego nie stawiam tezy.

      I sprawdziłem teraz listę co wyszło w tym roku i jestem załamany. Całościowo naprawdę jest słabo.

      • Logica jeszcze nie sprawdzałem, choć wszyscy się nim zachwycają, a ze ScHoolboyem to jest tak, że z każdej płyty wybiorę sobie coś ciekawego i lubię go bardzo, uwielbiam jego osobowość, ale do 2014 FHD mu baaardzo daleko.

        • Wielki szał to nie jest, ale solidny materiał. Bym zapomniał: taki Jenkins spokojnie czołówka roku, nawet podium.

          • Man of Light

            Tak jak myślałem: „ten album dostanie ocenę 7/10”. xDD