Monday, monday #1

fjo

Już od kilku lat, z małymi wyjątkami, przyzwyczaiłem się do wyniszczenia po weekendzie. Nie, nie piłem, nie ćpałem. Jestem zniszczony. Tak po prostu. A powód ku temu jest zazwyczaj taki sam. Od wielu lat.

Nie piję na umór. Do niczego jest mi to niepotrzebne. Lubię degustować alkohol, chociaż ostatnimi czasy nawet piwo piję w małych ilościach. Zresztą, zawsze piłem niewiele. Tylko co to jest niewiele? Jedno dziennie? Na tydzień? Na miesiąc? Nieistotne. Nie wiem czy teraz jestem w stanie wypić więcej jak dwa, może trzy, piwa w tygodniu. Nic nie biorę, nawet nie palę. Nie mam za bardzo z czym przeholować, ale jednak bardzo rzadko zdarza się, że w poniedziałek czuję się znakomicie.

Jestem trochę jak Nick Hornby i Michał Okoński. Czytaliście Futbolową gorączkę i Futbol jest okrutny (fragment jej okładki macie powyżej)? Jeśli tak, to powinniście wiedzieć do czego dążę w tym wpisie. Jeżeli jednak nie wiecie o czym mówię, to polecam te dwie lektury. Prawdziwie męska pasja, jednak mocno wyniszczająca od środka.

Hmm. Bliżej mi jednak do Hornby’ego niż Okońskiego. Bezgranicznie kocham futbol i muzykę, podobnie jak Anglik, czego dowiódł również w Wierności w stereo. Nie wiem natomiast jak z muzyką jest u Polaka. Dwie moje największe pasje, a w zasadzie manie: piłka nożna i muzyka. Muzyka i piłka nożna. Bez jakiejkolwiek hierarchizacji. Stawiam pomiędzy nimi znak równości. Różnica między nimi jest jedna, ale znacząca. Jedna z nich notorycznie mnie „gwałci”.

Ile razy zawiódł mnie ulubiony artysta? Raz, drugi czy trzeci, ale nie dziesiąty czy setny. Weźmy dla przykładu np. Jaya-Z czy Blur. Ile zaoferowali mi nagrań słabych w swoim katalogu? Niewiele. Dlatego muzyka jest tym, co mi zawsze sprawia radość. Ilość potknięć jest znikoma. Z piłką nożną jest inaczej. W niemalże każdy poniedziałek czuję się mentalnie wykorzystany. Znowu. Czuję się tak, jakbym został po raz kolejny ukarany za swoją pasję i miłość. A może za wybór jakiego dokonałem kilka lat temu?

Bo jak inaczej mam nazwać kolejną porażkę ukochanego zespołu? Jak mam znieść porażki zespołów, które darzę olbrzymią sympatią? Rzadko zdarza się, żeby wszyscy moi ulubieńcy, a jest ich kilku, konsekwentnie wygrali swoje spotkania. Ile mam takich zespołów? Kilka, i powiem Wam tylko o klubach. Inter Mediolan czy FC Barcelona są ze mną od końca lat 90., i mają u mnie specjalne względy. Liverpool, Leeds United i Manchester United także mniej więcej od tego okresu. HSV Hamburg, Arsenal, Saint Etienne, Olympique Lyon i Olympique Marsylia lubię również bardzo długo, ale nie ściskam mocno kciuków. Ich nawet więcej jak lubię, chociaż zdaję sobie sprawę, że „lubienie” czasami się wzajemnie wyklucza. Znacie kogoś kto lubi (lubi, a nie ceni i szanuje) załóżmy ManU i Liverpool? Bardzo rzadko się to zdarza. A Arsenal i zespół wymieniony dwa akapity dalej?

Wspomniane wcześniej drużyny, tak jak pisałem, lubię. Nie jest to nic złego. Niektóre lubię bardzo, inne tylko lubię. Nie wspomniałem przecież o mniejszych klubach z mniejszych i mniej istotnych lig, jak np. Ajax Amsterdam czy… Tranmere Rovers (z tymi to jest ciekawa historia, bo polubiłem ich grając w którąś Fifę na konsoli. Zaczynałem od jak najniższej ligi w Anglii i wybór padł właśnie na team z Birkenhead. No i ten cudowny, typowo brytyjski, herb).

Miłością natomiast darzę tylko dwa. Tottenham Hotspur i Wisłę Płock. Pochodząc z Płocka i interesując się piłką nożną, naturalnym jest dla mnie kibicowanie swojemu lokalnemu klubowi. Nie jestem już z nim tak zżyty jak kiedyś. Nie chodzę na wszystkie mecze, oglądam je wybiórczo, ale śledzę wszystko co się dzieje dookoła niego i w nim samym. Przeżywałem zwycięstwa, jeszcze bardziej przeżywałem porażki, zwłaszcza spadek w 2007 roku. Wisłę traktuje jak przyzwyczajenie, które zostanie ze mną do końca życia. Nigdy nie dała mi powodu, dla którego miałaby zostać moją największą miłością. Zawsze coś nam przeszkadzało, ale żyjemy ze sobą nadzwyczaj dobrze. Coś jak rodzeństwo. Wiesz, że jest i będzie z tobą zawsze. Raz kochasz, raz nienawidzisz, ale pomimo przeciwności losu, zostanie z tobą do końca.

O ile ambicje Wisły nie są wysokie, to już te Spursów są stanowczo za wysokie. Piszę te słowa zaraz po kolejnej porażce w derbach północnego Londynu z Arsenalem. Spodziewałem się tego, ale gdzieś w głębi siebie liczyłem na zwycięstwo. Wyszło jak zwykle. Znowu pojawiają się pytania co dalej i ponownie zastanawiam się, co mnie ruszyło prawie 10 lat temu, żeby zacząć kibicować Tottenhamowi i niejako żyć tym klubem? Paulo Mendes i tamten „gol” na Old Trafford? Kanoute, Keane i King w składzie? Piękny White Hart Lane? Opinia nieudaczników, z przerośniętym ego? Zdolni, ale leniwi? Drużyna skrzywdzona przez los? Zwykli ludzie zawsze mający pecha? Nie wiem, ale żyję tym już tyle lat, i czasami odnajduję w nich siebie samego. I paradoksalnie ten ból, który z reguły sprawia mi klub z północnego Londynu, jest dreszczykiem emocji, do którego już się przyzwyczaiłem. I jakoś nie wyobrażam sobie bez niego życia.

The Coys i Nafciarze nie sprawili, żeby ten poniedziałek był dla mnie radosnym początkiem tygodnia. Sukcesywnie przegrali swoje mecze. Może za tydzień będzie lepiej? Tego nie wie nikt. Jedni i drudzy są dla mnie nieprzewidywalni, i między innymi za to ich kocham. Tymczasem dzisiejszy poniedziałek jest dzięki nim taki jak zawsze. Typowy…

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, pijarowiec, prowokator.
  • Mateusz Marcola

    No proszę, dobrze pisze o muzyce, a w dodatku fan Tottenhamu 🙂 Zauważyłem ostatnio, że coraz więcej osób przyznaje się do choroby zwanej kibicowaniem Spurs. Odczuwam z tego powodu niemałą przyjemność, bo nie czuję się aż tak odosobniony w coweekendowym cierpieniu 🙂 Jeszcze pytanie – udzielasz się może na Spursmanii? Pozdro.

    • Czasami na ich FB. Kiedyś przypadkowo poznałem dana Spursow na stacji benzynowej w Warszawie. Poza tym Oks, niezły, ale nieaktywny bloger, Okoński i chyba wszyscy mi znani fani.

      Również zauważyłem te ujawnianie, tylko wydaje mi się, ze nie stało się to tyle modne, co już przestało być obciachem.

  • Dirt Dog

    Ja tak miałem z realem kiedy wszystko wygrywała barca. Now u cant fuck with cristiano 🙂 polecam książkę andrzeja iwana „spalony” jeśli do tej pory nie wpadła ci w łapy, i z nowszych filmów to rosyjski „okołofutbola”. Pozdrawiam i brakuje mi Twoich podsumowań roku. Peace

    • Cześć Dirt Dog, miło Cię widzieć. Czytałem Spalonego, mam nawet z autografem, ale nie ujął mnie za bardzo. Natomiast Szamo uważam za książkę niemalże wybitną. Zdecydowanie najlepsza polska biografia piłkarza. O tym ruskim filmie słyszałem, ale nie widziałem.

  • Dirt Dog

    Dzięki za cynk. Nawet nie wiedziałem ze powstała autobiografia Grzecha. Widzę, ze są nawet mobi więc ogarne lekturę w te pędy skoro zachwalasz i twierdzisz ze lepsza od spalonego, bo jak do tej pory książka iwana jest najmocniejszą pozycją autobiograficzną jaką wydał kiedykolwiek polski kopacz (no może poza okoniem), ale Szamo nie czytałem, więc mam nadzieje ze to się zmieni. Hala Madrid 😉 już za godzinę. Ciekawe czy „pedalek” dogoni Ibre 😀 ha ha… Wierzę w to

    • Spalony jest bardzo gorzką książką. Spodziewałem się tego, ale nie do końca mnie ujęła. Szamo warto kupić. Wkrótce znowu do niej wracam. Książka do połknięcia na raz.

  • Dirt Dog

    No, życie nie zawsze jest piękne. Albo najpierw jest gorzkie, a później może być piękne. Ibra w swojej autobiografii mówi ze ukradł kilkaset rowerów w malmo 🙂

  • Dirt Dog

    No Merson to pasuje przy jednym stole z tonym adamsem. Inny Paul którego pamiętam z boiska i też świetny gracz nie sstroniacy od używek to Gaza. Od czasu do czasu słyszy się jakie jeszcze teraz akcje odwala. Psychiatryk nawet nie pomoże tutaj. Ostatnio jakiś rok temu czytałem, ze gonił kogoś z nożem na koksie. Ale kawał gracza to to był. Zresztą tak samo jak Merson