Miasto marzeń

Budapeszt 8

Oglądaliście Miasto Boga? Tytuł jest dość przewrotny, więc dla osób niezorientowanych w kinematografii spoza Stanów Zjednoczonych, może być niezłym szokiem. Budapeszt moim miastem Boga nie jest, ale niedaleko mu do miasta moich marzeń.

Nigdy mnie nie kręciły najbardziej popularne kierunki turystyczne. Owszem, chciałbym posiedzieć kiedyś pod palmami, sączyć genialne piwo, jakieś nienajgorsze drinki i wpatrywać się w fajne, skąpo odziane kobiety. W tle oczywiście ulubiona muzyka, bo jakżeby inaczej? Bardziej mnie kręci brud, syf, biedota, poniszczone i zaniedbane budynki. Za rok chcę jechać do Rumunii, Mołdawii, Serbii, może Bośni.

Oczywiście jest to stereotypowy obraz tych miejsc, ale chcę się przekonać na własne oczy. Kilku moich znajomych było w tamtych rejonach i potwierdzają te opinie, ale wiecie jak to jest z opiniami – najlepiej mieć swoją. A tak z ciekawości to sprawdźcie sobie jaki kozacki herb ma Besarabia.

W żadnym wypadku Budapesztu nie można zakwalifikować do brudu czy syfu. Miałem okazję tam być raz – stolica Węgier jest przepiękna. Jest to jedno z tych miejsc, w których mógłbym żyć i mieszkać na co dzień. Tam jadłem najlepszy gulasz w życiu (o co naprawdę nietrudno), przeżywałem wspólną historię dwóch narodów, widziałem nostalgię za Złotą Jedenastką, piłem średnie piwo i słyszałem najpiękniejsze słowo w życiu: „oktogon”. Do tej pory mam w głowie ten męski głos z metra, który wypowiadał ten magiczny wyraz.

Nie jest tajemnicą, że pałam wielką miłością do Węgier i samych Węgrów (co nieraz było odwzajemnione, także mogę potwierdzić słynną frazę: „Polak, Węgier dwa bratanki…”). Wielką sympatię mam do nich od… Mistrzostw Świata w piłce ręcznej w 2003 roku (na tych, na których Polacy zagrali po raz pierwszy po długiej przerwie). W sumie nawet nie wiem czemu tak się stało, ale koniec końców okazało się, że z czasem ten kraj stał się moją małą miłością.

Co zamierzam tam robić przez 4 dni? Nic. A jak wiadomo nic nie robienie może też być czymś pożytecznym. Mam zamiar udać się na mecz Ferencvarosu z Silemą Wanderers, co może być bardzo trudne, ale nie mogę przepuścić tej okazji i chociaż spróbować się tam dostać. Chcę porobić trochę selfie jak będę biegał wieczorami po Moście Łańcuchowym. Mam nadzieję, że zjem coś dobrego i niedrogiego na mieście, koniecznie z kuchni węgierskiej. Chcę zobaczyć jak najwięcej, chcę trochę poczytać w spokoju na Wyspie Małgorzaty, chcę napić się z rana kawy, w którejś z klimatycznych kawiarni Budy i Pesztu. Chcę poszperać trochę w starych płytach wytwórni Pepita, znaleźć jakieś obecne perełki hip-hopowe i elektroniczne, no i oczywiście poszukać śladów Puskasa, Alberta, Czibora i Sebesa. O półfinałach mundialu, w którejś z knajp wspominać nie muszę.

Chcę robić codzienną relację z mojej podróży. Jadę w środę rano pociągiem, bo to najlepsza opcja. Znane mi postaci tylko taką polecają. Taki klimat podobno oferuje tylko Dworzec Keleti. Sprawdzimy.

Zdjęcie/photo: wall.alphacoders.com

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, pijarowiec, prowokator.

Zostaw odpowiedź