Matury to dobre imprezy. Bal Maturalny – recenzja

alibaba bal

Strasznie się tego obawiałem. Jeżeli mam być szczery, to nawet nie chciałem wyjmować tego z folii. Naprawdę jest tak źle?

Przypomniały mi się od razu czasy RAPortowe. Dostawałem wtedy całe multum płyt do recenzji. Listonosz przynosił wtedy po kilka pozycji w miesiącu. Pisałem o nich na swoim blogu czy do jakiś zewnętrznych serwisów. Pech chciał, że z reguły trafiało mi się do opisywania największe możliwe gówno, jakie jesteś sobie w tym momencie wyobrazić. Dokładnie takie same odczucia miałem, jak otrzymałem zupełnie niespodziewaną przesyłkę od Stepu. I to był trochę błąd.

Wtedy z reguły opisywałem wszystko. Najgorsze z najgorszych, jakieś podziemne nołnejmy, znane tylko sąsiadom z bloku, zostały przeze mnie w ogóle nie tknięte. I z tym Balem Maturalnym miało być podobnie, bo podchodziłem do tego projektu nawet nie z neutralnością, ale typową hejterską pogardą.

Zupełnym zaskoczeniem dla mnie okazało się to, że ten podwójny album jest przede wszystkim… słuchalny. W żadnym wypadku nie jest to nie wiadomo jaki poziom, ale granice absurdu i totalnej porażki na szczęście zostały odstawione na bok. Dość przeciętne granie, które ani ziębi, ani grzeje. Takie, które zwraca na siebie uwagę tylko dlatego, że lista gości i gospodarze projektu to jakieś tam szerzej znane nazwiska i ksywy.

Po dwóch odsłuchach nie zapamiętałem dosłownie nic. NIC. Zdaję sobie z tego sprawę, że mam wysokie wymagania co do muzyki, ale nie robi mi różnicy słuchanie od czasu do czasu jakiejś bardachy (a tą z pewnością nie jest Bal Maturalny), która ma jakieś tam momenty. Producencki duetu nie posiada takowych. Ani tych dobrych, ani tych złych, co już jest w pewnym sensie wyczynem. Kompletnie bezpłciowa produkcja, niemalże maszynowa, która taśmowo zjechała z fabryki jak jakiś pierwszy lepszy plastykowy produkt, który w zamyśle autorów ma udawać rzecz „premium”. I z punktu widzenia/słyszenia mojej osoby – słuchacza – dokładnie czymś takim jest ten album.

Kolejne dwa odsłuchy, ostatnie, nie przyniosły większych zmian w mojej opinii. Nie pamiętam praktycznie nic. Wybiórcze słuchanie pomogło mi trochę trzeźwiej spojrzeć na ten projekt i tu jawi się bardzo częsty problem płyt producenckich – dobór gości. Bo i owszem, są ksywy które gwarantują w miarę wysoki i przyzwoity poziom, ale zdecydowana większość jest kompletnym nieporozumieniem. Gwoli sprawiedliwości – każdy Kodex czy nawet bardzo chwalone przeze mnie Nokturny i Demony mają ten sam problem.

Patrząc na postacie, które spłodziły ten album najważniejszym powinno wydawać się jednak brzmienie. A te jest… nijakie. Trochę ejtisowa new wave’owa gitarowo-elektroniczna estetyka podszyta współczesnymi trendami. I wszystko by było w miarę przyzwoicie, gdyby nie to, że wszystko jest do siebie podobne i zlewa się w jedną muzyczną papkę.

Uwierzcie jednak, że są momenty. Kobra dał niezłą zwrotkę, Pih również, Peja z Panasewiczem to całkiem niezły, aczkolwiek mocno infantylny duet. Nieprzypadkowo mocno propsowany jest track VNM’a, tylko szkoda, że nie pojawiła się wersja bez Cugowskiego. Da się znaleźć kilka dobrych zwrotek, niezłych beatów, a taka „Młodość” wspomnianego Piha z Pawłem Kukizem to jeden z fajniejszych kawałków w tym roku.

Dla kogo jest więc ta przydługa płyta? Nie dla mnie, wracał na pewno nie będę. Dla mojego ojca – człowieka, który lubi Lady Pank i jest z „tamtego” pokolenia? Nie chcę zrazić go do rapu, musiałbym wybrać ok. 10 najlepszych kawałków i wtedy może by mu się spodobało. A dla innych? Nie wiem. Ja odpowiedniego targetu nie widzę, co jest już pewnym kuriozum. No, ale wiecie – zupełnym kuriozum wydawała mi się współpraca Roberta M. i Borysewicza, która na dłuższą metę przecież aż tak tragiczna nie jest.

5

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, pijarowiec, prowokator.
  • 5/10 oczywiście? 😛

  • k4k0

    Też dostałem tę płytę od Stepu i dobrze, że napisałeś ten tekst, to nawet nie wypakuję z folii i sprzedam (o ile ktoś to kupi 😉 ) Pozdro!