Manic tuesday #15: good ball, Danny, good ball

SONY DSC

Po raz kolejny zdarzyło mi się oglądać mecz na żywo w międzynarodowym towarzystwie. Obecni z nami w pubie stwierdzili, że takie wrażenia z kibicowania wywarły na nich tylko filmy. No ale nie tylko o tym dzisiaj.

Działo się w miniony weekend. Specjalnie sobie poczekałem na koniec okna transferowego, żeby dowiedzieć się co się jeszcze ciekawego może wydarzyć. Nie wydarzyło się tak naprawdę nic. Jakieś średnie to okno. Były (s)hitowe transfery, ale odpuściłem już śledzenie tego na bieżąco kilka lat temu, w momencie kiedy w grę zaczęły wchodzić coraz to bardziej absurdalne sumy za nieadekwatnej wartości grajków. Zajebiście lubię i szanuję Kevina De Bruyne, ale bez jaj – taka kasa? Inną sprawą jest to, że dla mnie absolutnie żaden zawodnik na świecie nie jest wart nawet 20 baniek, ale co tam. Mamy hajs, szastamy na prawo i lewo. Mi nic do tego, być może sam bym to robił.

W północnym Londynie, ale tym niebieskim oczywiście, nastroje fatalne. Najgorsze rozpoczęcie sezonu z możliwych, nie ujmując nikomu, ale godne co najwyżej Bournemouth czy innego Queens Parku. Transfery doskonałe, ale… tych gości, których się z chęcią pozbyli. Parodysta Chiriches, nie nadający się nawet do drugiej ukochanej – Wisły Płock, nie wiadomo czemu zasilił przecież dosyć mocne Napoli. Inny przeciętniak, aczkolwiek trochę jednak lepszy, Kaboul odszedł do Sunderlandu (w ramach przypomnienia). Papa, bez żalu. Soldado nie trafił w klimat, ale w Hiszpanii zapewne odpali, zobaczycie. Stambouli, podobnie jak Rumun Chiriches, to kolejna z zagadek „dlaczego trafił do tak mocnego klubu?” – tym razem PSG. Ech… Wątpię też, czy ci, którzy przybyli do klubu wystarczająco podniosą jakość. Póki co nie wyrokuję, podchodzę na spokojnie, zobaczymy w trakcie, niemniej Son na skrzydle może zrobić trochę zamieszania. Szkoda, że telefony (nawet takie oldschoolowe, jak ten z budki ze zdjęcia) z Londynu w różne zakątki ziemi nie odniosły tak naprawdę skutku.

No dobra, ale oglądałem mecz z Evertonem z przyjacielem z Irlandii i o ile pierwsza połowa była w miarę udana, to w drugiej czułem się tak, jakbym przeniósł się w czasoprzestrzeni na boiska Ekstraklasy. Zero ładu, zero składu, tylko jakieś horrendalne noskillowe gówno, którego nie do końca dało się oglądać. Z żadnej strony. Dwa zespoły, które wyglądały jak typowy jeździec bez głowy. Walenie pustym łbem w mur z kilkoma przebłyskami. Nie przekonało mnie to do końca, ale nawet bez tego nie wyobrażam sobie innego scenariusza jak 3 punkty wywiezione z Sunderlandu. Po błędach Kaboula.

A co tam na stadionie im. Kazimierza Górskiego? Jak na złość nie poszedłem na podobno najlepszy mecz od lat. Nie wiem ile w tym prawdy, ale lokalne gwiazdki były zagrożone konsekwencjami finansowymi w razie niepowodzenia z Bełchatowem – innym ewenementem i zespołem zagadką. Jeśli to prawda – poskutkowało. Jeśli nie – ładną ktoś puścił plotkę. Ale co tam, zwariował świat, który mnie wychował.

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, pijarowiec, prowokator.