Manic monday #4

matchday

To było wczoraj. Czułem się tak, jakbym przeniósł się w inny wymiar.

Widziałem w swoim życiu wiele lepszych spotkań, coś by się pewno znalazło nawet w tym sezonie. Wczorajsze spotkanie Liverpoolu z Manchesterem City miało jedną, niezaprzeczalną zaletę, jakiej dawno nie widziałem. Wymiar ikoniczny, a w zasadzie dwa.

To nie było zwykłe spotkanie. Jutro będzie 25 rocznica wydarzeń z Sheffield, czyli tragedii na stadionie Hillsborough, a jeszcze konkretniej na trybunie Leppings Lane. O tym, co się tam wydarzyło czytałem już w swoim życiu kilkukrotnie, pierwszy raz będąc małym gnojkiem w którymś polskim czasopiśmie. Nie mam pojęcia, ile to mogło być lat temu, ale na pewno bardzo dawno, kto wie, czy nie były to początki nowego milenium.

To, co się tam wtedy wydarzyło, było jednym z bodźców do tego, żeby piłka w Anglii wyglądała tak, jak wygląda dzisiaj. Jest to wydarzenie symboliczne, istotne w kontekście powołania i bytu Premier League. Dokładna rocznica wypada jutro, 15 kwietnia, a uczcić ją postanowiono w minionej kolejce, opóźniając spotkania o 7 minut. Było to wydarzenie ważne na całych Wyspach, natomiast dla samego Liverpoolu jeszcze „coś”. Podobnie jak tragedia na Heysel w 1985 roku, aura wszystkiego co złe, roznosiła się w powietrzu. Oni musieli to wygrać, chociażby dla tamtych ofiar – nieżyjących kibiców ich klubu, w tym najmłodszego, Jona-Paula Gilhooleya, kuzyna tego, który jest dla LFC już ikoną.

Steven Gerrard. Piłkarz niemalże doskonały, tyle tylko, że niespełniony. Dla mnie, i chyba nie tylko, jest już ikoną i symbolem tego klubu. Nie ma chyba drugiej takiej postaci grającej w Premiership, która by bardziej zasługiwała na tytuł mistrzowski niż on. Po prostu nie ma. Można nie darzyć sympatią ani klubu, dla którego gra, ani jego samego (co byłoby bardzo dziwne), ale nie można mu tego odmówić. Jest to jeden z nielicznych, ostatnich już futbolowych romantyków. Tych, dla których przywiązanie do klubu jest najważniejsze. Na dalszy plan schodzą oferty transferu do Realu czy Interu. Nieważne czy LFC jest na szczycie, jak w 2005 roku, czy blisko dna (jak na swój potencjał i możliwości) jak jeszcze dwa-trzy sezony temu. Gerrard na to zasługuje, tyle tylko, że za zasługi tytułów się nie zdobywa. Czas na pierwszy, Steven.

liv city 3 2

Po meczu nasuwa mi się jedno, najważniejsze pytanie: czy Liverpool będzie w stanie zdobyć pierwsze mistrzowskie trofeum od 1990 roku? Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że zawodnicy Rodgersa osiągną swój cel i korona przypadnie właśnie im. Też tak mi się wydaje, tylko zastanawiam się, czy aby na pewno podołają presji, którą sami na siebie nałożyli? Czy ktoś przed sezonem by się spodziewał, że klub od 3 lat pogrążony w kryzysie będzie w stanie namieszać w walce o mistrzostwo Anglii? Ja bym brał takiego człowieka za wariata, już wyżej stawiałem akcje Spursów czy nawet lokalnego rywala – Evertonu.

Nie wiem jak wy, ale ja im życzę wszystkiego, co najlepsze. Piłkarskie odrzuty, zdolna młodzież, buntownicy i klubowa legenda. Niezłe towarzystwo, prawda? Może rozgrywają sezon życia, być może już nigdy nie będą tak blisko. Wszystko zależy już tylko od nich. A tam, niech mają ten tytuł.

Zdjęcia: Liverpool FC FB Fanpage

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, pijarowiec, prowokator.