Manic monday #2

Okładka El Mundo Deportivo z 1983 r.
Okładka El Mundo Deportivo z 1983 r.

Prawie jak zawsze. Ale dzisiaj nie o tym.

Wygrali. W zasadzie tyle powinno wystarczyć za komentarz o meczu na White Hart Lane. Naprawdę czasami zastanawiam się, dlaczego im kibicuję? Poprzedni sezon był bardzo udany, tylko jak to zazwyczaj bywa, zabrakło im farta. Uroki sportu, nikt na to nic nie poradzi. Nieprzewidywalność – za to go kocham. I Tottenham, bo to jedna z jego cech.

Inną cechą, ale paradoksalnie tylko dla rywali, jest w tym sezonie obrona Spursów. Formacja obronna dziurawa jak ser szwajcarski. Czasami odnoszę wrażenie, że jest to robione specjalnie. Nie zachowują się tak goście, którzy biorą grubą kasę za swoją grę. Ludzie, którzy realizują swoje marzenia z dzieciństwa. Wstyd. Teraz wszyscy oczerniają trenera. Bo wyszczekany, niedoświadczony itd. Nie jestem fanem Tima Sherwooda, uważam że nie powinien w ogóle dostać szansy, ale cieszę się, że ktoś odważył się powiedzieć prawdę. Zrugał piłkarzy w najbardziej dosadny sposób. Tak jak Harry Redknapp zarząd, w momencie kiedy odchodził z klubu. Powiedział, że „jest tam za dużo polityki”. I właśnie ta dziwna polityka właścicieli, sprawiła że szkoleniowcem został Sherwood. W trakcie sezonu bardzo ciężko znaleźć kogoś doświadczonego na zastępstwo, ale czy nie warto było zostawić Villasa-Boasa? Przegrał dwa mecze, w żenującym stylu, ale czy było to podstawą do zwolnienia? Timowi jednak dano szansę i… jakoś ją wykorzystuje. Po wczorajszym meczu z Southampton (prawie sami wyspiarze w składzie!), gdzie fartem zdobył 3 punkty, doszedłem do wniosku, że co ma wygrywać – wygrywa. Mecz z Benficą to było takie obustronne szczęście. Dla gości z Lizbony, jak i dla Londyńczyków. Dla pierwszych, że wygrali, dla drugich, że nie przegrali wyżej. A warto wziąć pod uwagę, że na Estadio Da Luz mogło się wszystko potoczyć inaczej. Znowu fart.

W każdym razie nie wymagajmy cudów. Nie oczekiwałbym ich od obecnego managera. Cudów, czyli podium, oczekuję od następcy, którego nazwisko zapewne poznamy w lato. Uroki i nieprzewidywalność pracy na White Hart Lane. Ale dzisiaj chciałem napisać o czymś innym. Czymś, czym się nie zachwycam od jakiegoś czasu.

Jeszcze jedna ważna sprawa w kontekście Anglii i Premiership. A w zasadzie dwie, odnoszące się do jednego spotkania – Chelsea z Arsenalem. Pierwszą jest sam mecz. Niespodziewany wynik, kompromitacja głównego arbitra i crème de la crème derbów Londynu w ostatnim czasie. Ale nie o tym. Tysięczny mecz Wengera jako managera Kanonierów. Aż ciężko mi uwierzyć, że pięćsetne (a to już jest pokaźna liczba) spotkanie, Arsenal Francuza rozegrał jak miał w składzie Henry’ego czy Piresa. 9 lat temu, kiedy ten zespół był jeszcze potęgą… Od tamtej pory sukcesów nie widać. Połowa czasu spędzonego na Emirates (i Highbury) została zmarnowana? I tak, i nie, ale to temat na inną dyskusję.

Gran Derbi. Nie interesuję się nimi od jakiegoś 2011 roku. Kilka meczów w jednym sezonie pomiędzy tymi samymi drużynami skutecznie potrafiło mnie zniechęcić do oglądania po raz kolejny spektaklu na Camp Nou lub Santiago Bernabeu. Niezależnie od poziomu, który jest prezentowany na murawie. Mam świadomość, że prawie zawsze jest to najwyższa półka, ale znudziło mnie to. Nie jestem do końca „anty”. Jest to zwykłe zmęczenie. Takie samo, jak zespół nagrywający kolejną dobrą płytę o tym samym.

Zanim nastała era Leo...
Zanim nastała era Leo…

W momencie pisania tego tekstu jest godzina 23:30. Za oknem zimno i pada deszcz. Klimat mi pasuje, bo taki uwielbiam. W odtwarzaczu przygrywa mi album, który lubię. Piszę ten tekst na przemian czytając komentarze na forach i na swojej ścianie na FB, jakie to mnie ominęło widowisko. 4:3 dla Dumy Katalonii. Wynik mnie bardzo cieszy, ale zasadnicze pytanie jest takie, czy żałuję, że nie obejrzałem tego spotkania?

Nie. Obejrzę skrót albo same bramki. I wcale się źle z tym nie czuję. Tak, jak ja dziwie się, że ktoś pasjonuje się spotkaniami Polonii Bytom z Piastem Gliwice (oczywiście nie umniejszając bądź ubliżając nikomu), tak niech nie dziwi nikogo, że ja pominąłem kolejne El Clasico.

Na pewno jeszcze nie raz w życiu obejrzę te spotkanie. Ba, chciałbym je kiedyś zobaczyć na żywo i wiem, że mi się to kiedyś uda. Ale póki co żyję trochę inną piłką. Nie jestem też z tych, którzy notorycznie krzyczą „against modern football”, bo nie w tym rzecz. Jestem gdzieś pomiędzy. Separacja czasami dobrze robi. Jak wrócę, to zacznę się pewno pasjonować na nowo. Denerwować tak samo, jak w 2007 roku Julio Baptista strzelał zwycięskie bramki dla Realu w Barcelonie. Cieszyć tak samo, jak w 2005 roku, kiedy Ronaldinho wyczyniał takie cuda. Oczywiście 7 czy 9 lat w piłce nożnej to szmat czasu, ale niektórych wydarzeń, oglądanych na żywo, się nie zapomina. Dlatego kocham tę dyscyplinę, ale czasami muszę od niej odpocząć. I tak mam z Gran Derbi.

Zdjęcie z „El Mundo Deportivo” zostało znalezione na blogfcb.com

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, pijarowiec, prowokator.