Lato się skończyło, oldskul niekoniecznie. StejLejzi – recenzja

stay lazy

Takich płyt się w Polsce praktycznie już nie robi. Jeśli się to zdarzy, to jednak przechodzi bez należytego echa. Wiem jak jest ze StayLazy, ale nie wiem jak będzie ze StejLejzi

Niedawno mieliście możliwość wzięcia udziału w konkursie, w którym do wygrania były dwa egzemplarze tej bardzo sympatycznej płyty. Sympatycznej, ale tylko na dwa, może trzy, najgorętsze miesiące w roku, bo słuchanie StejLejzi w innych porach mija się po prostu z celem. Tak samo, jak nie warto zabierać się za to, jeśli ktoś robi sobie podśmiechujki z oldschoolowych rzeczy, zwłaszcza w rodzimym wydaniu.

Taka stylistyka u nas kuleje i jest naprawdę bardzo rzadko spotykana, a jeśli już to gdzieś głęboko w podziemiu. Ni stąd, ni zowąd odeszło to do lamusa i z jednej strony trochę szkoda, że przez takie zabiegi takie projekty jak ten, istnieją sobie gdzieś swoim własnym bytem raptem u kilkuset osób. Nie ma się co nastawiać na nie wiadomo jakie wersy (mniej udane) czy beaty (bardziej, momentami mocno, udane), ponieważ cały czas jest to średnia krajowa półka. Sporo lepszych rzeczy wychodzi w każdym miesiącu, ale niewiele z tych lepszych może się pochwalić czymś, co ma ten dziewięcionumerowy projekt wrocławskiej ekipy.

Dobra, na samy wstępie wspomniałem, że wiem jak jest ze StayLazy. Ano tak, że Spooky produkuje bardzo fajnie i czułem się tak, jakbym siedział na kalifornijskiej plaży w 1991 roku i ze słuchawkami Koss Porta Pro na uszach spoglądał na falujące to i owo u pięknych dziewczyn. Chłopakowi udało się mnie przenieść tam, gdzie chciałbym być, a to już jest nie lada sztuka. Podobnie jak całkiem zgrabny mariaż z trochę nowszymi zabiegami pokroju „Stawiam na Czarne” czy „Interorbital”, prawdopodobnie moim ulubionym utworem na płycie. Całość dopełnia El-Son, który również nie jest z tych, którzy nie znają się na swoim fachu. Dwie główne postaci materiału, które sprawiają że temperatura otoczenia podnosi się od razu o kilka stopni.

Nie można tego powiedzieć natomiast o Kubanckim. Kolejny MC, który kompletnie niczym się nie wyróżnia. Kolejna z tych postaci, które mają niewiele do powiedzenia, ale też taka, z którą z chęcią prawdopodobnie byś uderzył(a) na piwo, gdybyś miał(a) taką możliwość. Przypomina wam to coś? Bardzo sympatyczne no-flow, ale na dłuższą metę bardzo męczące i co ciekawe – nie ze względu na wątpliwej jakości umiejętności pisania tekstów czy przekazywania ich słuchaczowi.

Największą wadą wydawnictwa jest mastering, a w zasadzie jego brak. To najbardziej uderza w raperów na StejLejzi i powoduje delikatny problem z odsłuchem. Z beatami nigdy nie mam z tym problemów, bo garażowe czy amatorskie brzmienie może być pełne uroku, ale w przypadku śpiewu czy rapu – sorry, ale nie. Można jeszcze z mocną lupą szukać pozytywów np. w rapie Hiszpana – Mistillo, gdzie bariera językowa utrudnia racjonalną ocenę, ale z drugiej strony mamy Kasię Orasińską, która całkiem ładnie wpasowała się w klimat albumu. Warto sprawdzić, ale głównym zarzutem będzie to, że powinno się to ukazać znacznie wcześniej, żeby idealnie trafić w letnią porę. A jak jest? Popatrzcie na okładkę i te trzy niewiasty, które tam są. Gdzieś dalej stoi jakiś niewyględny Janusz. StayLazy są między nimi, dryfujący w wodzie tak głęboko, że nikt o nich nie wie… Trochę szkoda.

6

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

Zostaw odpowiedź