La nostalgie. Le Rap Francais Vu De La Pologne – recenzja

milionbeats

Jedna z najbardziej problematycznych polskich płyt dla rodzimego światka rapowych słuchaczy. Zgadnij kto ma większy problem: Milion czy słuchacze?

Sprawa jest prosta – polski słuchacz jest debilem. Nie mam zamiaru obrażać tutaj kogokolwiek, bo nawet nie chodzi mi o poziom intelektualny. Zresztą, zachowanie większości nie zmusza nawet do tłumaczenia czegokolwiek. Abstrakcyjne przypadki braku znajomości  polskiej klasyki (o amerykańskiej litościwie nie wspomnę) są namnożone do granic absurdu i w miarę kumaty słuchacz mógłby się zdziwić, że stąpają po ziemi osobniki nie znające S.P.O.R.T.u Tedego, a uważające się za tych, którzy „nieźle wszystko ogarniają”. No.

Nie będę o nich pisał, bo w zasadzie to mam to głęboko gdzieś. Problem powstaje wtedy, kiedy taki jeden z drugim cwaniakiem (nie)świadomie pomija takie małe dzieło jak Le Rap Francais Vu De La Pologne. Pierwszy projekt stąd, który może zaistnieć tam. Może to będzie marne pocieszenie dla kogoś, że to będzie „tylko” we Francji, a nie w USA, ale trzeba wiedzieć, że to największy rynek hip-hopowy w Europie. I ten, który w pewnym momencie swojej bogatej historii prześcignął scenę zza Oceanu.

Jeśli mu się uda tam zaistnieć to trzeba mieć na uwadze, że nie trafi to do masowego odbiorcy. Wielce prawdopodobnym jest, że znajdzie się pod strzechami kilkuset, a może nawet kilku tysięcy fanów rapu bez podziału na stylistykę. Tylko tych, którzy kierują się jedną rzeczą w odbiorze muzyki – jej jakością. A tej MilionBeats z kilkoma współpracownikami dostarczył jej zaskakująco dużo.

Musiałem się przygotować do tej płyty. Nie wiem ile mam francuskich albumów na półce, ale kilkanaście by się znalazło. Przed odsłuchem przypomniałem sobie takich klasyków jak IAM, Oxmo Puccino, MC Solaar czy Doca Gyneco. Bariera językowa nie pozwala mi zrozumieć o co im chodzi, nawet nie chcę korzystać z translatora, ale ten feeling i zajawka od nich płynące są nie do podrobienia. Podobnie jak na Le Rap Francais Vu De La Pologne, bo ksywki może nie są pierwszoligowe (warto jednak przypomnieć, że Freeman był członkiem IAM), to słucha się ich z przyjemnością. Przecież nie tylko teksty są wytycznymi dobrych raperów, ale i flow, a z tym ekipa z zachodniej Europy nie ma najmniejszych problemów. Przykro mi stwierdzić, ale polscy raperzy nie mają luzu, rapują jak wóz z węglem, a przydałoby się trochę polotu i finezji na tej smutnej jak pizda scenie, parafrazując pewien cytat. Mogliby się wiele nauczyć od tutaj zebranych – chociażby w kwestii samej techniki.

Polscy raperzy również się pojawiają i podchodziłem do tego z pewnymi obawami, ale jak się okazało – niepotrzebnie. Każdy się spisał, co jest rzadkością na polskich płytach producenckich. Tak, wiem, nie ma ich tu dużo, ale powtórzę raz jeszcze – liczy się jakość, a ta którą zapewniła polska grupa pod przewodnictwem Palucha i Kękego jest wystarczająca, żeby się nie tylko nie wstydzić, ale i nie przechodzić obojętnie.

Nie wiem ile wzrostu ma MilionBeats, ale zdecydowanie mu bliżej do Napoleona jak De Funesa, bo to on jest generałem i głównodowodzącym z pomocą Tymka Kalicińskiego i Victora Chudzinskiego. Mogę sobie tylko wyobrażać jak ciężko jest ogarnąć i pospinać terminowo międzynarodowe towarzystwo, ale im się udało. Pod każdym względem, ale na pierwszy plan wysuwa się ten artystyczny i jest to niebywałe jak tej trójce udała się selekcja wszystkiego: od muzyki aż po raperów po nich się poruszających. A co najważniejsze – jest co podziwiać, bo producent dostarczył jedne z najciekawszych polskich beatów ostatnich lat. Takich, które idealnie trafiają do wszystkich i cofnij się teraz, drogi czytelniku, o kilka zdań i zobacz co pisałem o „strzechach”. Każdy, dosłownie każdy, beat jest miazgą, i mimo że dominuje klasyczna francuska stylistyka mocno odbiegająca od konserwatywnej amerykańskiej definicji tej frazy, powoduje chęć zapoznania się z postaciami, o których już wspominałem i im podobnymi.

To jest w tym wszystkim najlepsze: typowo francuskie beaty spod ręki polskiego producenta dla niezłych francuskich raperów dały niesamowity efekt w postaci podręcznika dla polskich adeptów-debili, którzy ignorują to, czego nie powinni. Szkoda tylko, że ten projekt padnie ofiarą takich osób znad Wisły, ale ich problem. Nie wiedzą co tracą. Powiedzieć „sporo” to za mało, bo chcąc nie chcąc, ten album jest już historią i oczywiście nie w kryteriach artystycznych, ale edukacyjnych z międzynarodowymi ponad podziałami. Dziękujcie trójce panów za to.

Dawno temu na studiach od jednego ze swoich wykładowców, profesora Konstantego Wojtaszczyka, usłyszałem takie zdanie, że Polska ma dwie niespełnione miłości: Litwę i Francję. Można tutaj polemizować, ale jeżeli w tym drugim przypadku jest to prawdą, to MilionBeats sprawił, że wystarczy mocno wierzyć, pracować i być utalentowanym, żeby osiągnąć spełnienie. Nie wiem, w którym momencie swojej historii nasz kraj mógł popełnić jakiś błąd, ale Milion chyba miał to w dupie.

8

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, prowokator, pijarowiec.

1 komentarz

Zostaw odpowiedź