Kosmiczne kłamstwa. Space in Between – recenzja

katarzyna borek space in between

Myślcie co chcecie, ale mnie uderza perfidne kłamstwo bijące z okładki tej płyty. Mogę być jedyną osobą na świecie, która ma takie zdanie, ale za cholerę go nie zmienię.

Ten tekst miałem zarezerwowany na ten dzień od jakiegoś już czasu (zresztą, przecież na fanpejdżu pisałem, że w tym tygodniu codziennie będzie się tutaj coś działo do końca maja), ale wczoraj postanowiłem coś zmienić. Naszła mnie taka bezsensowna w sumie myśl, żeby dopisać właśnie ten fragment, który macie okazję teraz czytać. Po co? A no właśnie po to, żeby przywołać jednocześnie wczorajszą recenzję The Beginning, która w kontekście Space in Between Katarzyny Borek nie jest przypadkowa. Wiecie, tamten album kojarzy mi się z lasami, spacerami na wodą itp., a ten to już dopiero potęguje te wariacje.

Okładka kłamie. Kłamie perfidnie, bo pewnego majowego pięknego dnia, jakoś na samym początku miesiąca, wybrałem się na spacer. Oczywiście ze słuchawkami na uszach, bo jakżeby inaczej? Traf chciał, że było to jeszcze przed premierą Space in Between niezbyt znanej mi Katarzyny Borek, ale jako że jestem blogerem, publicystą i przede wszystkim osobą, która ma jakieś tam kontakty, to album trafił do mnie o wiele wcześniej. Poczekajcie, zerknę – 26 kwietnia otrzymałem dzieło, które w żaden sposób nie zmieniło mojego życia, ale bardzo ładnie zapisało się tego majowego dnia. Nastąpiła konfrontacja dwóch poglądów dotycząca interpretacji dzieła. Artysty i dziennikarza.

Katarzyna Borek o swojej płycie:

Przez muzykę odkrywam kosmos a kosmos odkrywa przede mną muzykę. Album Space in Between to mój osobisty koncept, na którym dobrałam swoje ulubione utwory światowych kompozytorów, prezentując je w mantrycznym i minimalistycznym stylu. Łączy je ambientowy, przestrzenny charakter.

Ja interpretuję to trochę inaczej, ale o moich niesnaskach z tym związanych zaraz. Przejdźmy do konkretów, bo naprawdę jest o czym pisać i gadać. Kluczem do zrozumienia tej płyty jest prawdopodobnie ostatnia fraza wypowiedzi artystki i magiczne zestawienie, które przeniosła w treści. „Ambientowy, przestrzenny charakter”. Do tego trzeba dodać także inny klucz, a może bardziej wytrych, bo ten skrywa się gdzieś w oddali za partiami pianina i rhodesa, które są oczywiście na pierwszym planie, czyli dźwięki zarejestrowane przez… NASA. Wszystko to tworzy paradoksalnie bardzo spójny kolaż dźwięków, który być może i do łatwych nie należy, ale po „rozpracowaniu” jest z tobą.

To był jeden z pierwszych moich spacerów, które odbyłem po powrocie z podróży do Lwowa. Jeden z kolejnych przyniósł nowe spojrzenie na płytę, bo dowiedziałem się, że część kompozycji jest tylko (albo aż) interpretacją artystki innych dzieł. Arvo Part i John Cage nie znaleźli się tutaj przypadkowo, także mocno doceniam, ale w żaden sposób nie może to wpłynąć na moją ocenę końcową. Tutaj, w przeciwieństwie do innych tego typu projektów, jest po prostu świetnie, a to że dowiedziałem się o takim zabiegu dopiero po czasie i nie rozpoznałem w zasadzie nic, tylko dobrze świadczy o jakości grania.

I o ile same kompozycje po prostu się bronią, to już kompletną maestrią jest brzmienie Space in Between, które jest po prostu magiczne. Całą swoją pełnię oddaje dopiero po porzuceniu słuchawek i przeniesieniu się wraz z kompaktem do odtwarzacza. Wtedy album odkrywa się na nowo. Z tego co mi wiadomo to taką możliwość ma tylko 450 osób na świecie, w tym oczywiście ja (muszę się pochwalić przecież), także radzę się zaopatrzyć póki płyta jest jeszcze dostępna.

Na sam koniec pozwoliłem sobie zostawić moje wyobrażenie tych 60 kilku minut. Ten jeden (nie)szczęsny spacer, podczas którego przygrywała mi Borek, wizualizował obrazy, który wcześniej były kreowane przy pomocy dwóch innych dzieł, dziwnym trafem z jednego kraju. Mam tu na myśli Jana Jelinka i jego Kosmischer Pitch (albumu, którego tak naprawdę za bardzo to nie lubię i za nic, dosłownie za nic, nie zestawię w jednym rzędzie z jego absolutami pokroju Personal Rock, Loop-Finding-Jazz-Records i przede wszystkim Textstar. A teraz ciekawostka, o której kumaci powinni wiedzieć: te trzy wspomniane płyty zostały nagrane pod innymi aliasami, tak więc w kolejności to – Gramm, Jan Jelinek oraz Farben) i oraz Floriana Fricke i jego Popol Vuh ze swoim opus magnum, czyli Hosianna Mantra. Dwie niemieckie płyty z różnych dekad, które skutecznie pozwalają się skupić na otaczającym zielonym świecie i naturze. W ciszy, spokoju i przebijających się promieniach słonecznych przez drzewa. Do tej dwójki teraz dołącza Katarzyna Borek. Nie wiem czy na stałe, bo mój spacerowo-leśny panteon jest od zawsze u mnie obsadzony przez Fricke, ale jest na to szansa.

A ta mi o kosmosie…

8

Udostępnij
Dawid Bartkowski

Dawid Bartkowski

Bloger, pismak, krytyk, pijarowiec, prowokator.